Znowu o Łopience (Płaj 27)

Z. K.

Latem tego roku otynkowano cerkiew w Łopience. Tak najkrócej można by opisać to, co się wydarzyło. I pewnie dla wielu osób taka informacja będzie wystarczająca, ale tym, którzy chcieliby rozszyfrować, co może się kryć pod takim stwierdzeniem, i dowiedzieć się, jak do tego doszło, dedykuję poniższy tekst. Dokładnie dziesięć lat temu w 1993 r. na zrekonstruowanej rok wcześniej więźbie dachowej cerkwi w Łopience została położona blacha.

Normalnie trzy lata wystarczyłyby, żeby mury (nawet tak grube) wyschły na tyle, żeby można było kłaść tynki. Ale normalnie to w tym wypadku oznacza — gdyby były wystarczające środki. Niestety te nieodzowne środki skończyły się w 1995 roku wraz z dotacjami z budżetu ministerstwa kultury. Zbierane w okresie letnim (od przygodnych turystów) datki na odbudowę cerkwi wystarczały jedynie na sfinansowanie drobnych prac przy kapliczkach w Łopience i na Hyrczy. Nie dały także znaczących efektów inicjatywy Towarzystwa Karpackiego zmierzające do wypracowania własnych środków na ten cel. Sprzedaż wydanego przez Towarzystwo śpiewnika Piosenki z Łopienki i kalendarza Dolina Łopienki 2002 zaledwie zwróciła koszty poniesione na druk i dystrybucję. Potrzebny był sponsor, który wyłożyłby odpowiednio dużą kwotę, albo też trzeba było grosz do grosza zbierać drobne datki przez kilka lub kilkanaście lat.

Światełko nadziei zaświtało pod koniec 2002 r. Wójt gminy Solina, pan Zbigniew Sawicki, stwierdził, że chociaż Łopienka nie leży w granicach gminy, to ze względu na to, że stanowi wielką atrakcję dla licznie przyjeżdżających do Polańczyka i Soliny turystów i kuracjuszy, możliwe jest dofinansowanie prac w Łopience przez gminę.

Niemal w tym samym czasie (przez nikogo nie nagabywany) odezwał się p. Andrzej Łuczko, który już raz, w 1996 r., sponsorował malowanie dachu na łopieńskiej cerkwi. Tym razem zadeklarował chęć częściowego sfinansowania tynkowania. Chociaż nie było na razie mowy o konkretnych kwotach, wszystko zaczynało wyglądać zachęcająco. Ponieważ zapobiegliwie w 1996 i 1997 roku zadołowano w Łopience ponad 3 tony wapna, to po z górą sześcioletnim okresie lasowania można by było przystępować do pracy w każdej chwili bez obawy o jakość tynków. Ponieważ w zaleceniach konserwatorskich kategorycznie żądano tynków wapiennych, oznaczało to, że poza robocizną należało się liczyć tylko z kosztem zakupu i transportu piasku oraz nadzoru budowlanego. Licząc na datki do skarbonki cerkiewnej i mając pewne środki ze sprzedaży kalendarza, można było oczekiwać powodzenia przedsięwzięcia.

W grudniu Towarzystwo Opieki nad Zabytkami, które zainicjowało odbudowę cerkwi i przez cały czas ją pilotowało, wystąpiło do rady gminy Solina o przyznanie 10 tys. zł dotacji na tynkowanie.

Teraz pozostało tylko czekać. Nie można było rozpocząć żadnych konkretnych kroków bez pewności, że rzeczywiście będziemy dysponować wystarczającymi funduszami.

Budżet gminy został uchwalony dopiero na początku maja. Niestety realne możliwości okazały się trochę mniejsze. Rada przyznała dotację w wysokości 8 tys. zł. Pan Łuczko potwierdził swoją deklarację, konkretyzując kwotę — maksymalnie 10 tys. zł. Wstępny kosztorys tynkowania sporządzony w oparciu o normy PKZ opiewał na ok. 2 tys. roboczogodzin. Plan był realny, ale bardzo kruchy. Już na początku było jasne, że nie będzie żadnej rezerwy finansowej. Musiały zagrać razem wszystkie elementy, żeby się powiodło. Dużo miało zależeć od stawki za roboczogodziny, co stanowiło największy składnik kosztów.

Najważniejszą sprawą było teraz znalezienie odpowiedniego wykonawcy. I tutaj pojawiły się pierwsze trudności. W maju większość miejscowych tynkarzy miała już zaplanowaną pracę do końca sezonu. Okazało się także, że spora ich grupa od wielu lat wyjeżdża sezonowo do Niemiec, nie mogąc zaleźć pracy na miejscu. Niestety nasza oferta nie była w stanie konkurować z twardą walutą.

Nie pomogły kontakty nawiązane podczas poprzednich etapów odbudowy cerkwi i wici rozesłane wśród znajomych. Trzeba było, tak jak na początku odbudowy, jeździć od wioski do wioski i wypytywać mieszkańców, a potem sprawdzać uzyskane informacje. W końcu udało się znaleźć pięć ekip zainteresowanych tynkowaniem: z Przemyśla, Lublina, okolic Brzozowa, Sanoka i Bachlawy. Rozpoczęły się negocjacje. Umawianie się przy cerkwi i jak zwykle kolejne trudności.

Nie jest tym samym tynkowanie nowych budynków, murowanych z cegły i pustaków, gdzie wszystkie ściany są płaskie, kąty proste, a figury symetryczne, i tynkowanie kamiennej cerkwi, gdzie nie ma żadnego większego kawałka płaskiej powierzchni, naroża nie trzymają kątów, a na dodatek nie można dodać do zaprawy ani grama cementu.

Inaczej przyjmuje zaprawę kamień, inaczej cegła czy pustak. Inaczej trzeba przygotować zaprawę do świeżego kamienia, inaczej do zwietrzałego. Inne właściwości ma zaprawa wapienna, inne cementowo-wapienna. Takiej wiedzy nie zdobędzie się z podręcznika, nabywa się ją wraz z doświadczeniem. Niestety, od wielu już lat tradycyjna zaprawa wapienna została wyparta przez łatwiejszą w przygotowaniu i szybciej wiążącą zaprawę cementowo-wapienna lub cementową, która z kolei teraz jest wypierana przez nowe zaprawy akrylowe.

Okazało się więc, że żadna z ekip nie ma doświadczenia w tynkowaniu zaprawą wapienną. Jedynie firma z Sanoka wykonywała pod nadzorem konserwatorskim elewację w zabytkowym dworku w Bażanówce, ale nie było tam wymogu stosowania zaprawy wapiennej.

Naturalne było więc, że każda z ekip miała poważne obawy przed przyjęciem takiego zlecenia. W końcu to oni mieli odpowiadać za jakość tynków i udzielić trzyletniej gwarancji. Odbiło się to natychmiast na wysokości żądanego wynagrodzenia, w które wszyscy wliczali zwiększone ryzyko i które osiągnęło w związku z tym pułap niedostępny dla naszych możliwości finansowych. Wszystkie oferty oscylowały wokół stawki trzykrotnie wyższej niż przeciętna. Sytuacja zrobiła się niewesoła. Z jednej strony były pieniądze, z drugiej za takie pieniądze nie można było znaleźć wykonawcy. W końcu po wielu namowach i jasnym przedstawieniu sytuacji firma Interbud z Sanoka zeszła z ceny poniżej 25 tys. zł. I tak było to za dużo w stosunku do realnych możliwości, ale trzeba było podjąć to ryzyko, licząc na wpływy ze sprzedaży cegiełek. Była to kolejna inicjatywa Towarzystwa Karpackiego mająca na celu zdobycie funduszy na remont cerkwi. Niewielkim nakładem zostały wydrukowane cegiełki-fotografie, które za zgodą wójta miały być sprzedawane na terenie gminy Cisną.

Została zatem podpisana umowa, ustalony szczegółowy zakres prac i pod koniec lipca wokół cerkwi wyrosły rusztowania. Przewaga firmy p. Szurleja nad innymi ofertami polegała również na tym, że dysponował on własnym rusztowaniem i agregatem prądotwórczym, co gwarantowało sprawny przebieg prac.

Jak zwykle najtrudniejsze są początki. Tak też było i tym razem. Trzeba było ustalić recepturę zaprawy, a przede wszystkim wdrożyć całą ekipę do odmiennego podejścia do pracy, do większej dokładności i nieschematycznego myślenia.

Z recepturą poszło łatwiej. Po konsultacjach z delegaturą Państwowej Służby Ochrony Zabytków, specjalistami ze skansenu w Sanoku i na podstawie literatury wybrano tradycyjną zaprawę wapienną na kurzych białkach. Co prawda konserwator sugerował dodawanie sproszkowanej cegły lub węgla, a pełniąca nadzór konserwatorski pani Basia Tondos uważała, że nie zaszkodzi dodać trochę sierści zwierzęcej, lecz ze względów praktycznych (skąd brać w Łopience psy i koty do strzyżenia albo sproszkowaną cegłę) obyło się bez większych eksperymentów. W końcu nikt nie zamierzał pisać na ten temat pracy habilitacyjnej. I tak trzeba było trochę poeksperymentować, żeby dobrać właściwą ilość białek, a także ustalić optymalne proporcje wapna do piasku dla poszczególnych warstw tynku. Trudniej było sprostać wzajemnym oczekiwaniom nadzoru i wykonawców. Parę razy doszło do spięć. Wykonawcy większą uwagę przywiązywali do samego tynkowania i właściwej receptury, a inspektorzy nadzoru do przygotowania powierzchni murów do tynkowania. W sumie był to poligon doświadczalny, na którym wszyscy uczyli się nowych rzeczy i uczyli się wzajemnie od siebie. Teoretyczne wskazówki okazały się bezużyteczne. Nie sprawdziły się proporcje zaprawy sugerowane przy renowacji starych tynków wapiennych, równie nieskuteczna okazała się zakładana wstępnie trójwarstwowa technika kładzenia tynków. Majstrowie stwierdzili, że przy pozostawianiu warstwy tynku do wyschnięcia następna nie łączy się dobrze z poprzednią i tynk się rozwarstwia. Trzeba było zweryfikować założenia i zacierać tynk na gotowo niemalże od razu. Nie można było zarazem nakładać zbyt grubych warstw, bo powodowało to pojawianie się pęknięć, jak to miało miejsce przy pierwszej, tynkowanej w pośpiechu (przed powrotem na weekend do domu) zachodniej ścianie.

W końcu udało się wypracować optymalną technologię i ułożyć współpracę pomiędzy nadzorem a wykonawcami. Szkoda tylko, że p. Basia nie mogła do końca nadzorować prac, gdyż podczas jednej z wizytacji spadła z drabiny i złamała sobie nogę. Na szczęście nie było innych wypadków podczas tynkowania. Emocji trochę innego rodzaju dostarczył p. Łuczko, który spóźnił się z przekazaniem pierwszej części obiecanych pieniędzy. Sytuacja była o tyle trudna, że miała to być pierwsza wypłata dla pracujących już od miesiąca tynkarzy. Po pewnych nieporozumieniach, jakie miały miejsce na początku prac, wiarygodność Towarzystwa spadłaby do zera, gdyby nie było pieniędzy zgodnie z podpisaną umową. Na szczęście udało się pożyczyć potrzebne pieniądze i nikt nawet się nie zorientował, w jak kłopotliwym byliśmy położeniu.

Stojące na zewnątrz rusztowania nie przeszkadzały w normalnym funkcjonowaniu cerkwi. Co niedziela niezmordowany ks. Piotr przychodził z Górzanki, żeby odprawić mszę świętą. Na Wniebowzięcie (popularne święto Matki Boskiej Zielnej) odbyła się w cerkwi uroczysta msza z poświęceniem ziół i kwiatów, na którą przybyli licznie mieszkańcy okolicznych wiosek. Cerkiew nie wyglądała jeszcze zbyt okazale, część ścian była nieotynkowana i nic dziwnego, że niektórzy kręcili nosem, mówiąc, że kamienna cerkiew była ładniejsza. Podobnie sądziło także sporo odwiedzających Łopienkę turystów. Świadczy o tym znamienny wpis do książki wpisów wyłożonej w cerkwi: „Boże, przebacz tym, co tynkują, bo nie wiedzą, co czynią”. Na szczęście wiedzieliśmy, co robimy. Wiedzieliśmy, że nawet tak grube mury postawione na glinie rozsypią się z czasem, jeżeli nie zostaną zabezpieczone przed wpływem czynników atmosferycznych. Dlatego tynkowanie ograniczało się tylko do ścian zewnętrznych, a dla miłośników kamienia pozostało całe wnętrze cerkwi.

Jednak większość osób życzliwie odnosiła się do prowadzonych prac. Nigdy przedtem skarbonka cerkiewna nie napełniała się tak szybko. Turyści chętnie też kupowali rozprowadzane przy cerkwi cegiełki na odbudowę. Pomoc zaoferowała mieszkająca w Buku rodzina p. Andrzeja, która sfinansowała kupno ponad połowy piasku potrzebnego do tynkowania.

Prace posuwały się do przodu, ale ich tempo okazało się wolniejsze od zakładanego. Rozpoczął się wrzesień. O ile w lipcu i sierpniu pogoda była bardzo dobra, czasami może nawet zbyt dobra, bo w większe upały trzeba było zraszać mury wodą, szczególnie ścianę południową, żeby tynki nie wysychały za szybko i nie pękały, o tyle we wrześniu pogoda się popsuła. Zrobiło się chłodno i deszczowo. Nie sprzyjało to pracy. Mokre tynki nie chciały schnąć, nie mówiąc już o tym, że podczas deszczu nie można było tynkować, bo świeży tynk absorbował wodę z powietrza i odpadał. Na ten okres przypadło też wykonanie gzymsów i obramowań okiennych. Tutaj także nie można było niczego przyspieszyć, bo gzymsy trzeba było wykonywać wieloma cienkimi warstwami, żeby uzyskać wymagany kształt.

W końcu cerkiew zaczęła nabierać wyglądu. Same gładkie otynkowane ściany nie prezentowały się wcześniej tak dobrze, jak po dodaniu tych drobnych i prostych wykończeń. Dopiero one nadały cerkwi oczekiwany wygląd. Teraz zaowocowały wysiłki włożone w to, żeby nadmiernie nie prostować ścian i krawędzi, żeby zachować naturalne, wynikające z układu kamieni nierówności ścian. Cerkiew nie upodobniła się do nowego budynku zrobionego pod sznurek, jakich jest wiele, zachowała swój odrębny charakter. Daleka od wyszukanej finezji, bez wielkich upiększeń, z przysadzistymi, topornymi gzymsami, stała się już na pierwszy rzut oka czytelnym świadectwem minionego czasu. Odbierający pracę z ramienia Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków Antoni Bosak stwierdził, że jest to jeden z nielicznych przykładów prawidłowego podejścia do zabytku i tak udanej realizacji założeń konserwatorskich. Czy tak jest rzeczywiście, można się przekonać osobiście, odwiedzając Łopienkę.

Żałowałem trochę, że nie udało się zakończyć prac przed corocznym odpustem, który w tym roku wypadał 5 października i cerkiew, chociaż już otynkowana, była zeszpecona stojącymi wokół rusztowaniami. Ale jak to mówią, „nie ma tego złego”. Dzięki ofiarom zebranym w trakcie odpustu udało się jeszcze w tym roku, wykorzystując stojące rusztowanie, pobielić cerkiew wapnem.

Chociaż na razie jasna bryła cerkwi rażąco kontrastuje z szarobrązowym jesiennym tłem grzbietów Łopiennika i Korbani, mam wrażenie, że dopiero teraz wszystko jest na swoim miejscu, tak jak przy układaniu puzzli, kiedy kolejny element trafi na właściwe miejsce. Ciekawe, czy tak samo odbierają to ci, którzy pamiętają cerkiew jeszcze sprzed wojny, którzy tutaj mieszkali?

I jak to było powiedziane na początku, całą tę historię można by zamknąć w dwóch słowach: „udało się”. Ale czy rzeczywiście tylko udało się, czy też może jest w tym wszystkim działanie Opatrzności, która czuwała, żeby pomimo tylu przeciwności to, co słuszne i sprawiedliwe, zostało doprowadzone do końca? Ja osobiście jestem o tym głęboko przekonany.

Nad Łopienką trawa aż po pas,
Nad Łopienką Korbania stoi w chmurach,
Nad Łopienką rosną lasy pełne malin i borówek
Nad Łopienką czuwa dobry Bóg.

Dziękuję w tym miejscu jeszcze raz ekipie tynkarzy: pp. Witoldowi, Robertowi, Adamowi, Piotrkowi, Marcinowi, Pawłowi i Bogusiowi, nadzorującym: p. Basi i p. Markowi oraz wszystkim ofiarodawcom.