Wschodniokarpackie wiersze Wojciecha Leopolity (Płaj 48)

Zamieszczamy w tym tomie „Płaju” kilkanaście wschodniokarpackich wierszy Wojciecha Leopolity pochodzących ze zbioru zatytułowanego Żar gasnącej watry, którego pierwszy tom ukazał się w 1986 r. w Londynie nakładem Związku Ziem Kresowych RP i redakcji „Kwartalnika Kresowego”, drugi zaś rok później w Polsce wydany przez przyjaciół autora w bibliofilskim nakładzie 40 egzemplarzy. Pewnie te ujęte w poetycka formę wspomnienia nie są poezją najwyższej próby – trudno tego wymagać, wyszły wszak spod pióra poety amatora – jednak zawarty w nich autentyzm przeżyć górskich wędrówek oraz ogromny ładunek nostalgii i prawdziwej miłości do Karpat Wschodnich nadają im zupełnie wyjątkowy wymiar i charakter. Wędrujemy z autorem do konkretnych miejsc, widzimy jego oczyma przedstawione z malarską czy wręcz fotograficzną precyzją obrazy górskiej przyrody i dnia codziennego żyjących tam ludzi. Wiele w tych wspomnieniach barw, dźwięków i zapachów, aż trudno uwierzyć, że autor pisał je po liczącej pół wieku rozłące z krajobrazami Czarnohory i Gorganów. Jednak najbardziej uderza w tych wierszach dojmująca tęsknota i żal za minionym bezpowrotnie światem, który autor darzył żarliwym uczuciem. I choćby dla tego zawartego w nich żaru wiersze te warte są przypomnienia.
We wstępie do I tomu swoich wierszy autor pisał: „Watra mego życia dogasa, ale z żaru jej trzaskają jeszcze raz na jakiś czas iskierki serca, ukazując krople coraz wolniej płynącej krwi. Długo wahałem się, czy udostępnić ewentualnemu czytelnikowi to, co w tak dziwny sposób, niespodziewanie zaczęło emanować z mojej przeszłości”.

*  *  *

Wojciech Leopolita to pseudonim literacki mecenasa Witolda Lisa-Olszewskiego (8. X.1905–21.IV.1986). Urodzony we Lwowie, studiował na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jana Kazimierza. Egzamin sędziowski zdał w 1931 r. Od 1932 r. pracował jako sędzia grodzki w Skolu, w 1933 r. przeniósł się do Prokuratury przy Sądzie Okręgowym w Stryju, a w 1937 r. do prokuratury w Radomiu, gdzie pracował jako podprokurator do momentu założenia własnej kancelarii adwokackiej. Jako oficer 6. Dywizjonu Artylerii Konnej wziął udział w kampanii wrześniowej w obronie Lwowa, po którego kapitulacji złamał swoją szablę w Ogrodzie Kościuszki. Okupacja była dla niego okresem intensywnej pracy podziemnej. Zaangażowany od pierwszych dni października 1939 r. w Narodowej Organizacji Wojskowej, prowadził na terenie Radomia i okręgu radomskiego akcję scaleniową z AK. W 1943 r. pracował w Komendzie Głównej AK działając równolegle w Kieleckiej Okręgowej Delegaturze Rządu, a później w Centrali Delegatury Rządu RP na Kraj. Pod koniec lat czterdziestych został oskarżony o szpiegostwo gospodarcze, aresztowany i więziony w najcięższych więzieniach, po zwolnieniu zrehabilitowany i przywrócony w prawach obrońcy, przeprowadził honorowo rehabilitację wielu dziesiątków osób bezprawnie uwięzionych. Jako obrońca bronił w procesach działaczy NOW, AK i WIN, a także w procesach świadków Jehowy, literatów, duchowieństwa, robotników Ursusa, Radomia i Huty „Warszawa” oraz w procesie Ruchu.
Jeszcze przed wojną Witold Lis-Olszewski zwiedzał kajakiem, konno i pieszo całą Polskę, przede wszystkim był jednak wielkim miłośnikiem i znawcą gór. Głębokie przeżycie śmierci ukochanej żony skłoniło go do podjęcia prób poetyckich, w których zamknął wspomnienia wspólnych karpackich wędrówek.
Wędrując po Karpatach Wschodnich, Witold Lis-Olszewski nie rozstawał się z aparatem fotograficznym. Jego archiwum z dziesiątkami zdjęć z Czarnohory, Gorganów i Bieszczadów znajduje się obecnie w zbiorach Biblioteki Cyfrowej Ośrodka „Karta”, któremu w tym miejscu pragniemy serdecznie podziękować za ich udostępnienie.

Redakcja

Czarnohora (l934)

Dorodna mołodycia na cisawym koniu
rozsiadła się szeroko w drewnianej terłyci
i falując biodrami kłusuje po błoniu,
nie dbając o wysokie rozcięcie spidnyci.
Biust rozpiera haftami zdobioną koszule,
fajeczka dymi w zębach, białych jak u wilka,
krasy łyżnik starannie obońki otula,
zwisające po bokach – a wiezie ich kilka.
Oczekuje ją starzec o rzeźbionej twarzy –
jak z teki Skoczylasa – i gestem szerokim
zaprasza nas do chaty. Na piecu się praży
dymiąca mamałyga, a w misie szerokiej
biel bryndzy konkuruje z białością ręcznika,
co kryje deski stołu. Ochota przenika
na widok tych specjałów. A zza szkieł, pod stropem,
patrzy Pan Bóg, grożący ludzkości potopem,
i anieli i święci, dostojni, brodaci,
z odznakami godności, spośród wonnych ziółek
patrzą na nas poważnie znad drewnianych półek,
bacząc pilnie, co w izbie.
Zajadamy, zerkając przez szybki wybite
na masyw howerlański, na Kozły, na Szpyci
i dalszą naszą drogę nad Niesamowite.
Słyszymy zza gościńca jak Czeremosz szumi,
bystrzący się po głazach, wśród kląskań kijanek,
słychać krzyki mołojców, wiodących daraby,
a znad pranej bielizny podkasane baby
odpowiadają śmiechem. A w oddali
czeka klauza Szybene,
wpięta w lasów wianek.
Nastrój, jakiego żadne pióro opisać nie zdoła!
Mleko tchnie macierzanką, różnych traw zapachy
buchają aż w głąb chaty, a popod jej strzechą
kaczany kukurudzy suszą się dokoła,
złote, rdzawe, czerwone – jak buki jesienią,
gdy żądza rykowiska opanuje lasy
i atawistycznie odbije się w ludziach.
A sponad Czarnohory, z widoczną uciechą
patrzy Stwórca tych cudów, dumny z swego dzieła,
którym nas oczarował, a kiedy zawoła
wspólną prośbę złożymy, by tu trwać pozwolił,
aż hen, do końca świata. Te myśli promienne
przerywa sygnaturka, a to jej wołanie,
wzywa w drogę ku szczytom, na dalsze wspinanie.
                                                                  Wiosna 1982

Dolina Czeremosza

Połowa sierpnia!
Czeremosz huczy i bije o głazy,
wspina się na nie białymi grzywami,
srebrzy w szypotach, wiruje głębiami,
pędzi radośnie pomiędzy skałami,
zakręt wciąż nowe odsłania obrazy,
a łąki wkoło szaleją kwiatami.

Droga wzdłuż rzeki, jak ona się wije,
mija urwiska, przeciska po stoku,
faluje w głazach, toczonych wylewem,
często szarpana wściekłym nurtu gniewem
każe uważać przy stawianiu kroku,
bo prąd bez przerwy podrywa ją, ryje.

Upał doskwierał Żar z nieba się leje,
a iść nam trzeba pod słońce, pod górę,
twarze brunatne, wichrem osmagani,
dymem buczyny w kolibach owiani,
mamy za sobą Gorgany, ich knieje,
burzę gradową, oberwaną chmurę.

A łąki kwietne błyskają kosami,
dociera do nas osełki klepanie,
ludzkie postacie w bieli swych szat zgrzebnych,
kobiety w chustkach, przeważnie z fajkami,
wiatr nam donosi z oddali śpiewanie
i głos skowrończych koncertów podniebnych.

Tam, na pagórku kopuła cerkiewki
pokryta gontem, czarnym ze starości,
wysoko chaty, od siebie w oddali,
tam kukurydzy poletka powiewne,
a spod okapów, w dużej obfitości
rudych kaczanów różaniec się pali.

Na Czeremosza wielkich żwirowiskach
bieli się płótno w pasmach rozłożone,
zlewane wodą przez małe dzieciaki,
co na pół nagie, na brąz opalone,
rozchichotane w swych w wodzie igrzyskach
z zabawą łączą prace narzucone.

A drogą człapie na koniu cisawym
stara babina z fajką, bez pośpiechu,
wiezie obońki na krasym łyżniku,
daży wędrowców spojrzeniem ciekawym,
„sława Izusu” w życzliwym uśmiechu
i człap, człap dalej na swoim koniku.

Wzdłuż całej rzeki klaskanie kijanek,
co jedna milknie, to druga zaczyna
wśród pokrzykiwań piorących płótniaki
z poszumem rzeki tworzy rytm jednaki,
którego nigdy się nie zapomina
i który każdy obwieszcza poranek.

Idziemy raźno, ja z ciężkim plecakiem
z wierną lustrzanką na szyi wiszącą,
a Ty z chlebaczkiem i wiśniówką w ręce,
w chustce na głowie, w kwiaty z żółtym szlakiem,
w perkalikowej na upał sukience,
w butach z opaską, kostki trzymającą.

Zdążamy w góry, młodością promienni,
w sercach radośnie, śmieją nam się oczy,
zachwytu pełni z czarów Czarnohory,
która nas swymi barwami uroczy,
z wiarą, że trwać to musi nieodmiennie,
nie myśląc o tym, że przyjdą nieszpory.

Są to wspomnienia sprzed prawie pół wieku!
Wszystko jak żywe, przed oczyma staje,
tęsknicę wielką roznieca w człowieku,
woła i kusi i usnąć nie daje!
Choć wiem, że nigdy nie będzie powrotu,
serce nie wierzy, wciąż się rwie do lotu,
niepomne wieku, bez względu na porę
w krainę baśni, w naszą Czarnohorę.

                               Warszawa 16.2.85

Popadia (1937)

Stajemy na Popadli. Dyszymy z wysiłku
a oczy chłoną krajobraz jedyny,
wokół szczyty, nie ujrzysz ni jednej doliny,
tylko góry i góry, wraz z bezmiarem lasów.
Święta cisza! Tu nie dojdzie nic, co by zmąciło
ten majestat przyrody, który z taką siłą
działa na nas urokiem swojej pierwotności.
Ani chmurki na niebie, a słońce doskwiera,
powietrze drży nagrzane, widoczność wspaniała,
świadczy, że deszcz niedługo lasy rozkolebie
i zadudni grzmotami, które długo, długo,
odbijane przez szczyty dokoła zaryczą
a przetną je zygzaki złocistych błyskawic,
łączących niebo z ziemią. Raz na czas zdobyczą
buchną w dali gejzerem płonącego smreka
i trzaskiem iskier z niego, słyszalnym z daleka.

I nagle wszystko przejdzie, za wyjątkiem mgławic,
które rozdzielać będą i grzbiety i pasma.
Wtedy, jakby na odzew znanego jej hasła
błyśnie tęcza i w słońcu zagrają barwami
jej smugi kolorowe i spłyną górami
ostatnie krople, gdzieś na końcu widnokręgu.
Wtedy, znowu spośród lasu
dopłynie do nas wrzawa ptasiego hałasu,
radość, że burza przeszła, że piękne jest życie.
I w takiej właśnie chwili robimy odkrycie
starych rowów strzeleckich i kozłów z drutami,
świadczących, że się tutaj lała strumieniami
krew polska, we wrogie odziana mundury,
że ginęli dla wrażych, rozbiorczych cesarzy
bracia – chociaż im wspólna Ojczyzna się marzy,
lecz trąbka do ataku i mordu ich wzywa.
Ta cała ziemia nieszczęśliwa
pocięta jest rowami, rdzawią się kamienie.
Aż w końcu przyszło wreszcie nasze wyzwolenie:
Rok 1918!!

Więcej wierszy i fotografii Wojciecha Leopolity w Płaju 48.