Czarnohora w śniegu (Płaj 41)

Władysław Schmidt

Fragment

(…) Jest rok 1936. Okręgowy Związek Narciarski organizuje po raz pierwszy obóz szkoleniowy na Zaroślaku, kończący się w marcu, w czasie świąt Wielkanocy mistrzostwami okręgowymi w konkurencjach zjazdowych. Na obóz ten zgłosiło się 20 zawodników z 4 lwowskich klubów. Radość była wśród nas ogólna. By to pierwszy obóz zorganizowany przez Okręg. Wspólny wyjazd pociągiem ze Lwowa, aby w Worochcie przesiąść się na wąskotorową kolejkę leśną mającą nas dowieźć do Foreszczenki u stóp Czarnohory. Spotykamy się na Dworcu Głównym uzbrojeni dwiema parami nart zjazdowych, dwoma parami kijków oraz butami i plecakami nie najgorzej wypakowanymi. Obładowani, ale naładowani radością, bo w takim zespole jedziemy po raz pierwszy na czekające nas chyba same przyjemności. Załadowaliśmy sprzętem trzy przedziały i w drogę.
Tuż za Stanisławowem zaczynają się wzniesienia i już wjeżdżamy w dolinę Prutu. Jamna, Jaremcze, Dora, Kamień Dobosza, Mikuliczyn. Tatarów i koniec jazdy w Worochcie. Plecaki i sprzęt zarzucamy na ramiona i maszerujemy do wąskotorówki. Trzeba przejść 3 km – dobijamy więc trochę spoceni, a z nami ładuje się do „ciuchci” grupa żołnierzy ze Straży Granicznej.
Czarnohora przed nami lśni w słońcu od Howerli po Breskuł, dalsze szczyty skryły się za lasem świerków. Za chwilę gwizd lokomotywy i ciuchcia skacząc po torach i sapiąc wiezie nas do celu. Wjeżdżamy w głębię gór, mijając po prawej i lewej stronie tuż przy torach coraz gęstszy i wspanialszy las. Co chwilę mijamy nieduże, ciemne dolinki, z których dochodzi bulgot strumyków. Mijamy składy pni, oczekujących transportu, a także pozostający pod specjalną opieką wspaniały okaz świerka.
Wreszcie po prawie 16 km ciuchcia wjeżdża na ostatni przystanek. Same nazwy miejscowości, typ spotykanych ludzi, ich imiona i nazwiska dobitnie świadczą, że jesteśmy u zbiegu nie tylko trzech granic: Polski, Czechosłowacji i Rumuni, ale i u zbiegu wielu kultur, narodów, obyczajów, które przez wieki współżyjąc i mieszając się, stworzyły w dorzeczu górnego Czeremoszu i Prutu swoistą kulturę.
Bez pośpiechu wyładowujemy nasz sprzęt i wraz z trzema żołnierzami Straży Granicznej ruszamy w drogę. Część drogi wędrujemy wspólnie bo placówka Straży znajduje się około półtora kilometra od przystanku. Żegnamy się serdecznie z żołnierzami, wiemy bowiem, że nie tylko pełnią służbę na granicy, ale służą zawsze i wszędzie pomocą turystom i narciarzom, a nawet dali początek górskiemu pogotowiu ratunkowemu, którego dawniej tu nie było. Ta pomoc była nieodzowna – do 1935 r. zdarzały się tragiczne i śmiertelne wypadki spowodowane zejściem olbrzymich lawin (w 1933 r. zginął Henryk Garapich, w 1934 r. w kotle Howerli zginęli Chlipalski i Steusing). Żołnierze Straży Granicznej ofiarnie pomagali w szukaniu ofiar. I nie tylko pomagali w ratowaniu turystów i narciarzy, ale ofiarowywali nawet własne locum, gdy na Zaroślaku panowało przepełnienie…
Droga wzdłuż koryta Prutu do Strażnicy prawie płaską, zaczyna się ostro wznosić i po kilometrze rozwidla się. Główna droga, przetarta saniami dowożącymi potrzebne rzeczy i aprowizację dla schroniska, prowadzi na Zaroślak i połoninę Pożyżewską, gdzie znajduje się Stacja Botaniczna. Droga idąca w lewo kończy się nowo wybudowanym schroniskiem Karpackiego Towarzystwa Narciarskiego na połoninie Maryszeskie j pod Chomułem.

Mamy ponad 3 km dosyć ostrego podejścia, toteż z westchnieniem radości witamy poczerniałe, ale obszerne, osadzone w starodrzewie schronisko na Zaroślaku. Dym z komina zapewnia nas, że w salach jest ciepło i czeka na nas obiad. W drzwiach ukazuje się sam kierownik schroniska zapewniając, że wszystko gotowe, a gości prawie nie ma. Dzień schodzi nam na rozpakowywaniu bagażu, zajmowaniu pokoi i pałaszowaniu obiadu i kolacji. Między posiłkami krótki spacer – dla zorientowania się w okolicy i oczekujących nas warunkach atmosferycznych. Jesteśmy zadowoleni: śniegu ponad metr, temperatura -10. Wracamy zadowoleni z rozeznania i po krótkiej odprawie dokonanej przez kierownika obozu, mgra Englerta, idziemy spać. Program zajęć ograniczony godzinami posiłków, przewiduje 4 godziny zajęć przed południem 4 po południu. W zależności od warunków atmosferycznych i śniegowych zajęcia mają się odbywać w kotle Turkuła lub też w innym kotle i na grzbiecie Czarnohory. Rano wyjście o godz. 8. Przed śniadaniem smarowanie nart w tajemnicy przed członkami innych klubów, niby jakiś obrzęd religijny. Tajemnica smarów, ich mieszania i nakładania, wiąże się ściśle z czekającymi nas zawodami, bo „kto smaruje, ten jedzie”. A było tych smarów coraz więcej, rodzinne „lwowskie” inż. Pułturaka, zakopiańskie i zagraniczne, przede wszystkim norweskie, a zaczęły już także pokazywać się „skiglisy” i tym podobne. Ranne smarowanie było niezwykle dokładne i potem sprawdzane na śniegu. Omijało nas codzienne ostrzenie krawędzi, ponieważ jeździło się przede wszystkim po trasach udeptanych nartami. Mogło się też zdarzyć, że pogoda nie dopisała i jechało się po twardej gołoledzi, tzw. szklance.

(…)
W tym czasie, gdy nasza grupa narciarska doskonaliła się w okolicy Zaroślaka, na połoninie Maryszeskiej w schronisku Karpackiego Towarzystwa Narciarzy przebywał kurs świeżo upieczonych podporuczników wojska. Prowadził ten kurs znany nam instruktor. Przeżyliśmy wówczas niebywałe godziny grozy. Gdy siedzieliśmy – jak zwykle przy gwarnej i wesołej kolacji – nieoczekiwanie wszedł do izby ośnieżony narciarz, którego nie znaliśmy, a który okazał się jednym z grupy 40 oficerów z połoniny Maryszewkiej. Oficer był zmarznięty i nieprzytomny ze zmęczenia i zimna. Zajął się nim dr Majewski, któremu wreszcie przybysz zdołał opowiedzieć tragiczną historię. Rano instruktor wyprowadził całą 40-osobową grupę na Homuł. Jest to szczyt grzbietu odchodzącego z głównej grani Czarnohory dochodzący północnym stokiem nad połoninę Maryszeską. Duże opady śnieżne nie związane ze starym podłożem, zwaliły się na ćwiczących narciarzy, którzy nie byli przygotowani na tego rodzaju sytuację. Lawina była dla nich takim szokiem, że rozpierzchli się w nieładzie i stracili orientację. Narciarz, który dotarł do naszego schroniska przez jakiś czas szedł z kimś jeszcze, ale później stracił go z oczu.
Od chwili zejścia lawiny minęło już 8 godzin. Dr Majewski pozostawił narciarza pod opieką swojej córki, a sam zajął się alarmem. Połączył się telefonicznie ze schroniskiem na Maryszeskiej, skąd otrzymał informacje, że z grupy 40 narciarzy powróciło do schroniska 16. Nie wiadomo, ilu zasypała lawina, a ilu błąka się gdzieś w nie znanym sobie terenie.
Wiadomość zelektryzowała nas wszystkich. Krzyżowały się różne pomysły, jak przyjść oficerom z pomocą. Kierownik schroniska KTN inż. Witold Tyski wyjaśnił, że grupa narciarzy podjęła już akcję ratunkową. Dr Majewski niezwłocznie podał nam plan: Zaroślak posiada dwa tobogany, z którymi wyruszy 8 naszych kursantów, zabierając koce i termosy z gorącą herbatą. Oba tobogany pójdą drogą przez połoninę Pożyżewską. Na rozwidleniu drogi na Maryszeską jeden tobogan pójdzie w tamtym kierunku. Rozdzielamy się po 4 do każdego tobogana. Zakładamy narty i razem z toboganem mkniemy w dół. Przejeżdżamy mostek na Prucie i podchodzimy znaną nam drogą. Jesteśmy nie dalej jak 150 m od mostku, a 200 m od schroniska, gdy Tadek Wowkonowicz znajduje skuloną postać o jakieś 10 m od drogi. Noc jest jasna, las wysokopienny bez podszycia, łatwo więc zauważyć ciemny strój narciarza. Podjeżdżamy z toboganem. Narciarz jest tak zmarznięty, że nie możemy go rozprostować. Skulonego kładziemy na tobogan i odwozimy do schroniska. Oficer był nieprzytomny, kiedy zajął się nim dr Majewski.
(…)