Jak to w tym roku z kolędowaniem było

koledowanie_15_01Jeszcze w piątek wieczorem nic nie wskazywało na to, że z planowany na sobotę kolędowaniem w Łopience może być jakiś kłopot. Odpowiednio wcześnie zostały umieszczone informacje na stronach internetowych Towarzystwa Karpackiego i informacji turystycznej (GCKiE) w Cisnej, księża z okolicznych parafii poinformowali podczas niedzielnych mszy o kolędowaniu, zapowiedzieli się księża greckokatoliccy, a my, pełni entuzjazmu, dotarliśmy, ze specjalnie przygotowanymi śpiewnikami, późno w nocy do Zagórza. W sobotę rano dołączyła do nas Agnieszka i pojechaliśmy w stronę Łopienki. Nie zraziło nas to, że świat stał się nagle cały biały i że cały czas sypie śnieg, przecież jeżdżą pługi i piaskarki, więc nie ma się co martwić. Pierwszym sygnałem, że coś jest jednak nie tak, był telefon od księdza Andrzeja, że niestety nie będzie mógł być w Łopience, bo nie może wyjechać od siebie z domy – zasypało drogę. Na drugi sygnał nie trzeba było długo czekać, na pierwszym podjeździe za Średnią Wsią jazda się skończyła – w poprzek stała ciężarówka, a z przeciwnej strony zablokował drogę autobus. Szybko utworzył się sznureczek samochodów jadących w kierunku Polańczyka. Ku naszej radości jedną z osób stojących pod górką okazał się ksiądz Bogdan, jadący do Łopienki. Po krótkiej naradzie postanowiliśmy spróbować szczęścia alternatywną drogą przez Baligród. – Jest ryzyko jest zabawa – stwierdził ksiądz. Żeby zwiększyć szanse powodzenia przesiedliśmy się do jednego samochodu (mieliśmy tylko jedne łańcuchy) i z kolędą na ustach ruszyliśmy w drogę. Nie było łatwo, śnieg sypał, droga zrobiła się śliska i pod Jabłońską Górą utknęliśmy. Trzeba było zakładać łańcuchy, a potem po mału do przodu. Do cerkwi dojechaliśmy na Anioł Pański, mijając już w dolinie kolędników wracających z Łopienki. Trochę zrobiło nam się przykro i trochę głupio, że nie dojechaliśmy na czas, ale mimo wszystko postanowiliśmy rozweselić Małego Jezuska śpiewając najpiękniej jak potrafimy („śpiewajcie i grajcież Mu – małemu, małemu”).koledowanie_15_02
Ksiądz Bogdan rozpoczał krótką modlitwą, a potem na zmianę każdy śpiewał po kolędzie. Pomału zaczęliśmy się rozkręcać i coraz bardziej cieszyć się wspólnym śpiewaniem. Może było tak dlatego, że wszyscy bardzo solidnie przygotowaliśmy się do tego kolędowania. Ksiądz Bogdan przywiózł dwa śpiewniki kolęd ukraińskich specjalnie zakupionych na ten cel we Lwowie, Agnieszka wyszukała bardzo starą i bardzo trudną do zaśpiewania kolędę z Przeworska „Pan z nieba i łona Ojca przychodzi”, a także odnalazła kolędę „Hej tam za horoju zwizda sia zjawyła” w wersji śpiewanej przed wojną w Łopience. My przywieźliśmy kolędę „Panie Boże mój, jam jest wołek twój” i „Raki” znaną także pod nazwą „W tej kolędzie kto dziś będzie”. Nie było możliwości zaśpiewania wszystkich kolęd, ale dużo radości sprawiły nam właśnie te nowe, których jeszcze nie znaliśmy. Bardzo wdzięczne były także koliady ukraińskie, które można było śpiewać na rozmaite melodie. Kolędę „ W hłubokoj dołyni” śpiewaliśmy w trzech wersjach, a „Swiatuju Warwaru” w dwóch. Wiele kolęd polskich miało swoje odpowiedniki po ukraińsku i odwrotnie. Nasza cierpliwość i wytrwałość zostały nagrodzone, gdyż po pewnym czasie dołączyła do nas rodzina z Bukowca, a następnie małżeństwo ze Śląska, którzy nie mogli dotrzeć rano z tych samych powodów, co i my. Zajrzeli także do cerkwi przygodni turyści, ale chyba wystraszyły ich nasze trochę baranie głosy. W wytrwaniu w tych spartańskich warunkach bardzo pomogły specjalnie upieczone na kolędowanie ciasto i gorąca herbata. Chociaż żal nam było się rozstawać z Łopienką, trzeba było wracać. Na koniec chcielibyśmy bardzo podziękować wszystkim, którzy pomimo wielu trudności dotarli na kolędowanie do Łopienki. Tym którzy nas nie zastali: panu Józefowi z żoną, Przemkowi Chmielewskiemu, małżeństwu z Olszanicy i tym, z którymi razem kolędowaliśmy, a przede wszystkim księdzu Bogdanowi , bez którego trudno nam jest już wyobrazić sobie kolędowanie. Wspólne śpiewanie z księdzem to dla nas wielka przyjemność.

Dorota i Zbyszek