Łopienka – kłopoty z kamieniem (Płaj 41)

Z. K.

Prawdopodobnie nikt z odwiedzających ostatnio cerkiew w Łopience nie zdaje sobie sprawy z tego, że przechadzając się po jej wnętrzu, „dotyka” najbardziej kosztownej inwestycji cerkiewnej ostatnich kilkunastu lat. No cóż, przede wszystkim zwykle nie chodzimy ze wzrokiem utkwionym w ziemię i nie analizujemy, po czym stąpamy. A jeżeli nawet, oceniamy to raczej w kategoriach ładne–brzydkie. Któż by podejrzewał, że nie jakaś nadzwyczajna, ale zwykła kamienna posadzka może być bardzo cenna. Niektórzy może zadają sobie pytanie, po co było ją kłaść, przecież była już posadzka betonowa? Inni zastanawiają się, dlaczego jest właśnie taka. Przecież posadzka w tej cerkwi była inna – kolorowa, z sześciokątnych płyt. Ktoś jeszcze inny zapyta, czemu nie zrobiono ładniejszej posadzki, marmurowej, granitowej albo z jakiegoś wspaniałego, egzotycznego kamienia?

W tym miejscu warto podać parę informacji, które pozwolą odpowiedzieć sobie na te i podobne pytania. Rzeczywiście kilka lat przed II wojną światową stara, kamienna posadzka łopieńskiej cerkwi została zastąpiona przez sześciokątne płytki z barwionego cementu. Można je zobaczyć wkomponowane w obecną posadzkę po obu stronach prezbiterium. Tylko tyle ich dało się powtórnie użyć po upływie prawie pół wieku od wysiedlenia wioski. Starymi płytami wyłożono przed wojną drogę do plebanii i schody do potoku, ale także z nich niewiele dotrwało do naszych czasów w znośnym stanie.

Wiedzieli o tym wszystkim architekci przygotowujący projekt rekonstrukcji cerkwi. To na tym etapie trzeba było wybrać kształt, formę i materiał, z którego ma być wykonana posadzka. Wytyczne konserwatorskie były pod tym względem jednoznaczne. „Należy przywrócić istniejącą pierwotnie posadzkę kamienną, zachowując, jeśli to możliwe, fragmenty posadzki późniejszej jako tzw. «świadki historyczne». Jako materiał ma być użyty kamień miejscowy – nie można wprowadzać elementów obcych do rekonstruowanego obiektu”. Tak więc betonowa posadzka, którą można było oglądać jeszcze podczas jedenastego dorocznego odpustu w 2010 r., była tak naprawdę podkładem dla prawdziwej, docelowej posadzki. Chociaż przyzwyczailiśmy się do takiego wyglądu wnętrza świątyni, to jednak musiał przyjść moment realizacji również tego punktu projektu rekonstrukcji.

Towarzystwo Karpackie, które od 1997 r. podjęło się opieki nad cerkwią w Łopience i prowadziło wszystkie prace przy jej rekonstrukcji, zdawało sobie sprawę z tego, że najpierw należy zebrać środki na ten cel i że nie będzie to łatwe. W 2009 r. rozpoczęliśmy na terenie gminy Cisna zbiórkę publiczną, polegającą na sprzedaży cegiełek – widokówek. Z podobnej akcji w latach 2003–04 udało się sfinansować część prac przy tynkowaniu budowli i rekonstrukcji dzwonnicy. Tym razem wartość emisji wynosiła 15 tys. zł, co przy rozłożeniu sprzedaży na dwa lata i dodatkowych datkach wpłacanych na konto Towarzystwa stwarzało perspektywę zebrania do końca 2010 r. kwoty ok. 20 tys. zł, a na tyle zostały oszacowane koszty przedsięwzięcia. Akcja zatem została rozpoczęta.

Na początku wydawało się nam, ze największym problemem będzie zgromadzenie funduszy. Wkrótce jednak okazało się, że dużo większym będzie sam materiał – kamień. Po pierwsze okazało się, że nie ma żadnego producenta płyt kamiennych, który oferowałby gotową posadzkę z miejscowego, bieszczadzkiego kamienia. Najbliższy zakład w Komborni pod Krosnem produkuje wprawdzie płyty z piaskowca magurskiego pozyskiwanego w Beskidzie Niskim, ale nadają się one tylko na elewacje – na posadzkę kamień ten jest zbyt miękki. Stało się jasne, że trzeba będzie ciąć kamień specjalnie do naszych celów.

No dobrze – ciąć, ale jaki kamień? Skąd wytrzasnąć twardy kamień w regionie zbudowanym z fliszu karpackiego, gdzie są tylko łupki, zlepieńce i czasem piaskowce? Może nadawałby się surowiec z małego kamieniołomu w samej dolinie Łopienki, z którego pozyskiwaliśmy materiał do przemurowywania i wzmacniania nadwątlonej korony murów cerkwi (nota bene z tego właśnie wyrobiska pochodzi kamień użyty na elewacje nowego kościoła w Bukowcu). Niestety, po dwudziestu latach ściana osypała się i zarosła drzewami, tak że nawet trudno jest teraz rozpoznać to miejsce. Bez ciężkiego sprzętu nic nie dałoby się zrobić. Jedynym wyjściem było znalezienie czynnego kamieniołomu. Wybór padł na kamieniołom w Rabem pod Baligrodem.

Kamień z Rabego znany jest w Bieszczadach ze swojej charakterystycznej pomarańczowej, czasem czerwonawej barwy i chętnie wykorzystywany na elewacje i do podmurówek. Chociaż kamieniołom jest nastawiony przede wszystkim na produkcję tłucznia drogowego, to po każdym odstrzale ustawia się spora kolejka osób zainteresowanych płaskimi kamieniami na elewacje. Mogła to być jakaś gwarancja jakości, przecież byle co nie budziłoby takiego zainteresowania. Ale należało rzecz sprawdzić. Pobraliśmy próbki kamienia i zbadaliśmy jego odporność na ścieranie. Efekt był znakomity. Piaskowiec z Rabego miał taką samą odporność jak gresowe płytki podłogowe zakwalifikowane do najwyższej, piątej klasy odporności.

Mogło by się wydawać, że teraz sprawa będzie prosta. Niestety, prawdziwe schody zaczęły się dopiero, gdy przyszło do cięcia i określania gabarytów. Nikt z okolicznych kamieniarzy nie chciał słyszeć o cięciu piaskowca z Rabego. „Rabe? Nie ma mowy! To już lepiej ciąć granit. Chce pan, żebym sobie zajechał piłę, a kto mi za to zapłaci?”. Okazało się, że kamień z Rabego ma w środku drobne białe kryształki czy żyłki, które z jednej strony nadają mu bardzo ciekawy wygląd, z drugiej jednak w szybkim tempie zjadają nawet najlepsze piły diamentowe. Jeszcze gorzej było, kiedy podawaliśmy rozmiary płyt, jakie chcemy uzyskać. „Co?! Metr na osiemdziesiąt? Oszaleliście? Przecież do tego trzeba ponaddwumetrowej tarczy!”. Człowiek całe życie się uczy, tym razem wzbogaciliśmy naszą wiedzę z zakresu kamieniarstwa. Teraz już wiemy, że jeżeli tarcza ma średnicę 1 m, a trzpień mocujący 20 cm, to maksymalnie można ciąć kamień na głębokość 40 cm. A więc rzeczywiście dla naszych potrzeb tarcza musi być monstrualna. Zostaliśmy także uświadomieni, że kamyczek, z którego można by wyciąć takie płyty, będzie ważył – bagatela – kilka ton. Perspektywa kamiennej posadzki znów zaczęła się oddalać.

To co niemożliwe, okazało się w końcu możliwe. Zostaliśmy skierowani do zakładu Lux-Granit w Ustrobnej za Krosnem. Jego właściciel, pan Ryszard, nie przestraszył się ani rozmiarów ani rodzaju kamienia. Widać było, że kamieniarstwo to jego żywioł, że – o ile można użyć takiego sformułowania – zęby zjadł na kamieniu. Kamień z Rabego? Tak, ciął już. Rzeczywiście jest twardy, trudno nawet mówić, że to piaskowiec. Parametry jak granit. Zaprowadził mnie na plac i pokazał pocięte rok temu płyty. Przestałem się dziwić, kiedy zobaczyłem piłę gigant. Po uzgodnieniu szczegółów podpisaliśmy umowę, musieliśmy jednak ograniczyć jeden z wymiarów płyt, bo nawet z użyciem tak wielkiej piły nie można było uzyskać cięcia głębszego niż 70 cm. Ustaliliśmy też, że jeżeli zabraknie materiału z Rabego, to uzupełni się braki kamieniem z Lipowicy o podobnej fakturze. Rozwiązanie to zaakceptował Wojewódzki Konserwator Zabytków.

Pan Ryszard podjął się cięcia – na naszej głowie pozostało dostarczenie materiału. I znowu pojawił się kłopot. Tym razem z transportem. Chociaż wydawałoby się, że w kamieniołomie są koparki i nie będzie żadnego problemu z załadunkiem, to okazało się, że nie można znaleźć firmy, która podjęłaby się przewozu. Wszyscy lokalni przewoźnicy obawiali się, że podczas załadunku z użyciem koparki ulegną uszkodzeniu burty albo nawet zawieszenie ciężarówki. W końcu udało mi się namówić jednego przedsiębiorcę, ale kiedy przyjechał na miejsce i zobaczył kamienie, nawet nie próbował ich ładować. Zawrócił i pojechał do innego kamieniołomu po żwir, żeby nie mieć – dobrze, że nie domagał się opłaty za niezrealizowany kurs.

Sytuacja zaczynała robić się krytyczna. Zbliżał się termin odstrzału nowej partii skał i trzeba było wywieźć wybrane przez nas wczesną wiosną kamienie poza kamieniołom, gdyż w przeciwnym wypadku zostałyby zasypane nowym gruzem. Czekanie na odstrzał nie miało sensu, bo nigdy nie wiadomo, czy uzyska się odpowiednio duże i niepopękane sztuki. Ale żeby wywieźć, trzeba załadować, a jak załadować, jeżeli nie koparką? W mieście nie byłoby problemu, są przecież dźwigi, ale skąd wziąć dźwig tutaj? W tym wypadku sprawdziło się stare polskie przysłowie, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Okazało się, że p. Ryszard Owsianik, który wykonywał instalację odgromową na cerkwi w Łopience, dysponuje dźwigiem. Wspólnie z drugim znajomym z Baligrodu, p. Wojciechem Wójtowiczem, który jako doświadczony pracownik leśny zaopatrzył nas w niezbędne łańcuchy, udało się szczęśliwie przeprowadzić całą operację. 26 lipca 2010 r., po ponadrocznych staraniach, kamienie zajechały do Ustrobnej. W tym momencie były jeszcze realne szanse na ułożenie posadzki przed odpustem w pierwszą niedzielę października.

Wnikliwy czytelnik, który dotrwał do tego miejsca, wie jednak, że plany te nie zostały zrealizowane, i pewnie już się domyśla, dlaczego. Tak, znowu kłopoty z kamieniem. Mniej więcej w połowie sierpnia, kiedy pan Ryszard miał rozpocząć cięcie (wcześniej miał urlop i inne pilne zlecenie), z błogiego zadowolenia wyrwał mnie telefon z Ustrobnej: „Kamień nie nadaje się do cięcia, jest popękany – co robić?”. Natychmiast przyjechałem na miejsce. Rzeczywiście dwa pierwsze kamienie, które trafiły na warsztat, miały w środku siatkę pęknięć. Okazało się, że pieczołowite wybieranie kamieni, na których nie było zewnętrznych spękań, nie przyniosło efektów. Fala uderzeniowa spowodowana przez detonację ładunków przy odstrzale uszkodziła ich wewnętrzną strukturę. Na szczęście następny kamień okazał się dobry. Sytuacja jednak dramatycznie się pogorszyła. Przede wszystkim należało sprowadzić dodatkowy surowiec, wzrosły koszty, pozostało sporo bezużytecznych odpadów, termin wykonania posadzki przesunął się w bliżej nieokreśloną przyszłość i nie można było umawiać się z wykonawcami. Co gorsza, okazało się, że piła zużywa się bardziej, niż to było założone, i koszt cięcia będzie większy. Summa summarum wyglądało na to, że zostaniemy na zimę z pociętym kamieniem, który trzeba gdzieś składować, i kilkutysięcznym długiem do zapłacenia za samo przygotowanie płyt. A gdzie pieniądze na ułożenie posadzki?

To był naprawdę czarny scenariusz. Istniała jednak maleńka szansa powodzenia: gdyby zima nie przyszła zbyt wcześnie, gdyby znalazł się wykonawca gotów z marszu przystąpić do pracy, gdyby zgodził się na zapłatę ratami, gdyby udało się zebrać do końca roku chociaż część brakujących pieniędzy. Można powiedzieć – marzenie ściętej głowy, ale postanowiliśmy zaryzykować. Bez wątpienia opiece Matki Bożej należy przypisać powodzenie tego przedsięwzięcia. Prawdziwym cudem było znalezienie wykonawcy. Pan Paweł Walaszek przyjechał obejrzeć cerkiew podczas jesiennego odpustu i tak zauroczyło go to miejsce, że zmienił swój terminarz i już dziesięć dni po odpuście przystąpił do pracy, zszedł z ceną dużo poniżej 100 zł/m2, a na dodatek zgodził się na to, że część należności otrzyma dopiero wiosną następnego roku. Również pan Ryszard zgodził się poczekać na resztę zapłaty, a ze zbiórki publicznej podczas odpustu dzięki ofiarności wszystkich ludzi dobrej woli wpłynęło ponad 5 tysięcy złotych.

Teraz pozostał już tylko wyścig z czasem – żeby zdążyć przed mrozami, żeby zdążyć z pocięciem płyt, żeby dowieść je na czas, żeby nie było przestojów. Niejednokrotnie transport świeżo pociętych płyt docierał do Łopienki po ósmej wieczorem. Grube mury cerkwi, nagrzane latem, nie tak szybko oddawały ciepło, tak że pomimo nocnych przymrozków, które przyszły już w połowie października, można było swobodnie prowadzić prace w wnętrzu. Do końca miesiąca posadzka w środku była gotowa. Pozostały do wykonania tylko schody wejściowe, płyta przed wejściem i ewentualnie wymiana posadzki w prezbiterium – po uzyskaniu akceptacji konserwatora. Te prace zostawiliśmy do wiosny następnego roku.

Zdawałoby się, że teraz możemy z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku czekać na zapewnioną już przyszłość – ale nic bardziej mylnego. Nie bawię się bynajmniej w Hitchcocka, wzmagając napięcie w najmniej oczekiwanym momencie. Tę historię napisało samo życie. Kiedy przejechaliśmy do Łopienki na 3 maja, uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, pierwszą rzeczą, jaka rzuciła się nam w oczy, była posadzka. Ale nie dlatego, że nowa, lecz dlatego, że była bura. Ktoś pomalował ją całą, używając niezidentyfikowanej, czerwono-brązowawej mikstury i szczególnie pracowicie zamalowując fugi. Ktoś, kto nie miał pojęcia o specyfice kamienia, z jakiego została wykonana. Ktoś, kto zignorował (trudno bowiem przypuszczać, że był niepiśmienny) wywieszone w cerkwi na kartkach zalecenia, by nie traktować posadzki żadnym preparatem chemicznym i zmywać tylko wodą.

Użyty w Łopience na posadzkę materiał nie jest typowym piaskowcem, chociaż potocznie tak się go nazywa, i nie wymaga impregnacji (abstrahując już od faktu, że impregnacja ma sens tylko na powierzchniach zewnętrznych, poddanych oddziaływaniom atmosferycznym). Jest to zsylifikowana skała osadowa z silnie zrekrystalizowanym kalcytem z dużą zawartością związków żelaza. Dzięki temu ma wysoką twardość i odporność na ścieranie. Ponadto ulega z czasem wybarwianiu na kolor żółto-beżowy, dzięki migracji związków żelaza do warstw zewnętrznych i ich utlenianiu na powierzchni pod wpływem wilgoci i dostępu powietrza. Zamalowanie przekreśliło możliwość naturalnego przebarwienia. Posadzka została zeszpecona i zaprzepaszczono wysiłek – zarówno fizyczny, jak i finansowy – wielu ludzi. W imię czego?

Jak można było bez pytania niszczyć czyjąś pracę? Jak wielka jest arogancja kogoś, kto uważa, że ma prawo robić wszystko, na co ma ochotę? Przecież pozostało jeszcze w cerkwi do wykonania tyle prac, przy których można byłoby się wykazać. Przecież cały czas brakuje funduszy na ukończenie rekonstrukcji. Czy o to chodzi, żeby niszczyć, czy raczej żeby wspólnie budować? To był ciężki cios, tym bardziej bolesny, że zadany nie z otwartą przyłbicą, lecz potajemnie.

Sprawa została zgłoszona na policję, która dosyć szybko ustaliła sprawców. Jak nietrudno się domyślić, nie był to wybryk chuliganów, lecz świadome działanie wydawałoby się odpowiedzialnych ludzi. Zostali zobowiązani do zaprzestania podobnych działań i na tym sprawa się zakończyła.

Dalej historia potoczyła się już bez dramatycznych wydarzeń. Jak było to wcześniej ustalone, zjawił się pan Paweł z ekipą, i chociaż rwał włosy z głowy, nie mogąc pojąć, jak można było tak zniszczyć naturalny kamień, dokończył w kilka dni pozostałe prace na zewnątrz cerkwi. Konserwator wydał decyzję zezwalającą na wymianę posadzki w prezbiterium na regularne płyty nawiązujące do pierwotnej posadzki, więc ten zakres prac został także zrealizowany. Ponieważ nie udało się do tego czasu zebrać brakujących funduszy, pan Paweł zgodził się poczekać na wynagrodzenie do końca roku. W 2011 r. Towarzystwo Karpackie kontynuowało za zgodą władz gminy Cisna zbiórkę publiczną pieniędzy na odbudowę cerkwi. Chociaż nie udało się sprzedać wszystkich cegiełek, a pieniądze zebrane z datków podczas dwunastego już odpustu ks. Marek Wasąg z Polańczyka postanowił wykorzystać w inny sposób, to jednak dzięki Opatrzności Bożej udało się uregulować wszystkie zaległe płatności.

Pozostał jednak pewien smutek i pytanie: czy warto ponosić takie ryzyko? Czy nie lepiej byłoby zamknąć cerkiew? Mogę odpowiedzieć tylko za siebie. TAK, WARTO! Może to będzie trochę szokujące, ale dla mnie sytuacja w Łopience podobna jest do tego, o czym czytamy w Ewangelii św. Jana: „Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał, przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi”. Stale otwarta cerkiew oznacza zaufanie, zaufanie do każdego, kto tam wchodzi: że uszanuje to miejsce, że nie zrobi nic złego. Ale nie tylko zaufanie – to także wolność, wolność czynienia dobra lub zła. Dobro można przyjąć lub odrzucić. Ale gdzie nie ma wolności, tam nie ma miłości, gdzie nie ma zaufania, tam nie można budować prawdziwych relacji. Więc niech te otwarte drzwi nadal dają każdemu szansę przyjęcia tej mocy, aby stał się jak dziecko – nie szukając własnej chwały, lecz budując relacje miłości.

A tym, którzy pragną wyobrazić sobie, jak wyglądałaby posadzka niepomalowana, pozostaje fragment w prezbiterium. Mam nadzieję że nikt go już nie przemaluje, że to już koniec tytułowych kłopotów z kamieniem, chociaż pewności nigdy mieć nie będę.