Matka Boża Zbójnicka w Beskidzkim Sanktuarium (Płaj 8)

Urszula Janicka-Krzywda

MB_InwaldzkaNa obrzeżu Beskidu Małego, na pograniczu Pogórza Śląskiego, nad potokiem Stawki — dopływem Wieprzówki wpadającej do Skawy, przy szosie E 7, u stóp pasemka Wapiennicy (531 m npm.) i Ostrego Wierchu (562 m npm.) leży niewielka wieś Inwałd. Położona jest na obszarze województwa bielsko-bialskiego, zaś w administracji kościelnej należy do dekanatu Andrychów diecezji bielsko-żywieckiej.
Osada Inwałd wzmiankowana jest po raz pierwszy w dokumentach w 1318 r. Była wtedy własnością dworzanina królewskiego, Jakusza Ligęzy. W rękach rodu Ligęzów pozostawała do połowy XV w. W następnych stuleciach przechodziła we władanie kolejnych właścicieli.
Parafia w Inwałdzie istniała już w początkach XIV stulecia. Pierwszy drewniany kościół wzniesiono tu w latach 1325-27. Fundatorem jego był ówczesny dziedzic Inwałdu — wspomniany już Jakusz Ligęza. Świątynia została przebudowana w pierwszej połowie XVI w., a następnie powiększona. W latach 1747-50 powstał nowy, murowany kościół fundacji kolejnego dziedzica Inwałdu, kasztelana wojnickiego Franciszka de Schwarzenberg-Czarnego. W 1885 r. świątynia spłonęła, została jednak wkrótce odrestaurowana, głównie z funduszy ówczesnego proboszcza, kolatora Inwałdu hr. Feliksa Romera i parafian.
Obecny kościół jest murowany, późnobarokowy. W ołtarzu głównym znajduje się cudowny obraz Matki Bożej, malowany temperą na desce dębowej. Przedstawia Najświętszą Marię Pannę z Dzieciątkiem, w typie Matki Bożej Częstochowskiej. Data powstania obrazu i nazwisko autora nie są znane. Według tradycji wizerunek ten został ofiarowany kościołowi przez herszta rozbójników (raczej zbójników) grasujących w okolicy na początku XVII w. Zrabowali oni gdzieś obraz Matki Bożej z wotami i srebrną ramą. Wkrótce po rabunku herszt zachorował. We śnie ukazała mu się Matka Boża i rozkazała zanieść wizerunek do proboszcza w Inwałdzie. Rozbójnik posłuchał. W pobliżu kościoła ufundował drewnianą kapliczkę i umieścił tam obraz, który wkrótce zasłynął cudami, a z czasem został przeniesiony do kościoła.
Autor jedynego w swoim rodzaju dzieła O cudownych obrazach w Polsce Przenajświętszej Matki Bożej (Kraków 1902), kapucyn, Wacław z Sulgustowa, tak relacjonuje inwałdzką historię:
„Obraz ten przez rozbójników węgierskich Lajosa i Marzonka gdzieś był zrabowany. Gdy jednak we śnie Matka Boska Lajosiowi się r. 1608 objawiła, wskutek tego Lajos kazał obraz ten zawieść do zamku w Inwałdzie, ofiarując zarazem fundusz na wystawienie dla tego obrazu kaplicy. Poczem obraz ten codziennie zawieszano na dębie przy drodze, a na noc odnoszono do wójta, a gdy przy tym obrazie wielu doznało szczególniejszych łask i nawet licznych cudów, przeniesiony został do kościoła, do którego wielka liczba pobożnych z okolicy przybywa na odpust 16 lipca (M.B. Szkaplerznej) i 8 września (Narodzenie N.M.P.)”.
Tyle oparty na ustnym przekazie tekst z książki księdza Wacława. Z kronik i akt sądowych wiadomo, że zarówno rabunki wizerunków świętych, jak i fundacje sakralne były nie tylko legendą, jedną z wielu związanych ze zbójnictwem karpackim, ale także autentycznym faktem. Wizerunek, nierzadko w drogocennej oprawie, z reguły niewielki, był jednym z „podręcznych” przedmiotów zabieranych ze sobą w podróż. Nie jest więc niczym dziwnym, że stawał się łupem rabusiów. Historia o takim pochodzeniu inwałdzkiej Madonny jest całkiem prawdopodobna. Podobnie nie można wykluczyć, że obraz trafił do kościoła jako wotum ofiarowane np. celem przebłagania za grzechy. Z takimi i podobnymi przejawami zbójnickiej „pobożności” spotykamy się w całych Karpatach. Tak np. zbójnicki hetman Martyn Portasz-Dzigosik, tracony 10 stycznia 1689 r. w Żywcu, idąc na śmierć prosił swego spowiednika, odprowadzającego go na miejsce kaźni, aby wpisano go po śmierci do Bractwa Różańcowego. Życzeniu skazańca stało się zadość i jak głosi łaciński wpis w księdze bractwa, Martyn oraz jego brat Paweł zostali zaliczeni w poczet członków tej szacownej organizacji. Według tradycji szereg kościołów i kapliczek przydrożnych w Karpatach ma zbójnicki rodowód, między innymi cmentarny kościółek w Nowym Targu i kościół w Lipnicy Wielkiej na Orawie.
Wizerunek inwałdzkiej Madonny ma także drugi rozdział „zbójnickiej” historii. Ten epizod jest już w pełni udokumentowany, a wiąże się z postacią jednego z najsłynniejszych zbójnickich hetmanów w Beskidach Zachodnich, Józefem Baczyńskim zwanym Skawickim (ok. 1710-1735 lub 1736). Pochodził on ze Skawicy, wsi położonej u północnych podnóży Babiej Góry, najwyższego szczytu Beskidu Wysokiego. Działał ze swoją kilkudziesięcioosobową bandą w latach 1732-35. Został stracony w Krakowie. Odnaleziona w zbiorach archiwum ziemskiego w Krakowie i opublikowana w okresie międzywojennym przez wybitnego badacza Żywiecczyzny Stanisława Szczotkę oblata (czyli zapis) zeznań Baczyńskiego pozwala na dość dokładne odtworzenie jego burzliwego życiorysu.
W 1734 r. grupa Baczyńskiego napadła na plebanię w Inwałdzie. A tak zapisał tę historię pisarz sądowy:
„Tam przyszedszy w nocy, wycięliśmy drzwi, ksiądzaśmy wzięli między siebie, bo się szarpał na nas, nie biliśmy go, tylkośmy go trzymali. Kazaliśmy mu sobie pieniędzy dawać, gdzie on przynosił miarkę talarów rozklepanych, których nie chcieliśmy brać, bo już były niebrane. Potym przyniósł kramczyków węgierskich, powiedział, że ich miało być ze sto tynfów, które wzięliśmy. Potym pytaliśmy się go o pieniądze, których miał koryto w zakrystii, bo nam go tak udano [doniesiono — U.J.K.]. Na co ksiądz odpowiedział: Tak wielkich pieniędzy nie mam, bo kiedym tu nastał plebanem, to żadnej ozdoby w kościele nie było, tak tedy cokol-wiekem miał zebranego, wszystkom to na chwałę bożą obracał i jest to wszystko w kościele na ścianie przy Najświętszej Pannie, co obaczyć możesz. Jam tedy rzekł do księdza: Chcę widzieć, dlatego pódź księże, weź klucze odemknyć. Ksiądz tedy posłał chłopca swego po klucze z rnojemi dwiema pachołkami do organisty. Gdy chłopiec ów wywołał organisty z kluczami, zaraz go pachołcy moi porwali między się i poprowadzili na plebanię, a ksiądz już był na cmentarzu z nami. Otworzono tedy do kościoła, gdzie przy drzwiach stanął pachołek jeden na warcie, a ksiądz, ja i organista weszliśmy w kościół. Kazałem ja tedy świece pozaświecać, ksiądz tedy wszedszy na ołtarz i otworzył obraz, gdzieśmy się modlili. Potym ksiądz pokazał mi skrzynkę kościelną z pieniędzmi mówiąc: Tu są pieniądze na chwałę Boża, bierz tedy, jeśli chcesz. Ja tedy wyjąwszy owe kramczyki węgierskie, com miał od księdza i wziąwszy garścią, włożyłem do owej skrzynki, a rzekłem do księdza: Pokaż mi ty twoje pieniądze, a nie te”.
Kapłan prywatnych pieniędzy więcej nie miał, zbójnicy więc odeszli zadowalając się starą strzelbą i gąsiorem wina i wódki. Sceny opisanej w XVII-wiecznych aktach sądowych nie powstydziłby się najlepszy reżyser sensacyjnych filmów. Zbójnicki hetman modli się przed cudownym wizerunkiem Matki Bożej, dorzuca do skarbonki garść zrabowanych monet i odchodzi. Wszystko odbywa się zgodnie z regułami mitu!
Pod koniec XIX stulecia kult Matki Bożej Inwałdzkiej zaczął powoli zanikać. Na odpusty przybywało coraz mniej pielgrzymów, głównie z najbliższej okolicy. Reszty dokonał pożar kościoła w 1889 r., podczas którego został uszkodzony cudowny obraz, zniszczone wota i ozdoby. W ostatnich latach można obserwować pewien renesans kultu, podobnie jak w wielu innych zapomnianych sanktuariach.
Ciekawostką jest niewielka kapliczka wzniesiona nad źródłem, usytuowana koło kościoła. To w niej według tradycji znajdował się początkowo cudowny wizerunek, a wierni do dzisiaj czerpią ze źródła wodę, wierząc w jej moc uzdrawiającą.

Artykuł ukazał się w Płaju 8 (wiosna 1994)