Moniki Sznajderman opowieść o Beskidzie Niskim

Wydawnictwo „Czarne” na 24 kwietnia 2019 r. zapowiedziało premierę nowej książki Moniki Sznajderman zatytułowanej „Pusty las”. Liczy ona 216 stron i – zgodnie z zapowiedziami Wydawnictwa – jest opowieścią „autorki o życiu w Wołowcu, beskidzkiej wsi, z której kolejno znikali szukający szczęścia za oceanem biedacy, wizjonerscy nafciarze, Żydzi, Cyganie, Łemkowie”. Treści działa oczywiście jeszcze nie znam, ale sądząc po fragmencie zamieszczonym na portalu „Onet kultura” zapowiada się ciekawie i – jak się okazuje – nie dotyczy tylko Wołowca:

Na kolonii [w Olchowcu] nie było wtedy poza nami, domem babci Pyrzanii, gospodarstwami Toropiłów i Gabłów żadnych innych zabudowań, a przecież przed wojną i wysiedleniami w Olchowcu i jego przysiółkach w blisko dziewięćdziesięciu gospodarstwach żyło kilkaset osób. Dziś jest ich kilkadziesiąt. Babcia Pyrzania naprawdę nazywała się Anastazja Pyrz i pochodziła z Ciechanii, o której bardzo często opowiadała, nigdy tam jednak nie jeździła. Rozumiałam ją. W przepastnej dolinie Ciechanii przyroda całkowicie zawłaszczyła resztki łemkowskiego świata, na powierzchni zostawiając tylko kilka krzyży i ukryty na zboczu stary cmentarz. I ten zresztą częściowo wchłonęła, trudno go znaleźć, a w mogiłach głębokie jamy wykopały sobie borsuki i lisy. Do Toropiłów, a właściwie do dziadka Toropiły, chodziłam za przełęcz starą kamienistą drogą słuchać opowieści o huśtawce, na której huśtał się od dziecka, coraz wyższej i wyższej, jak drzewo, na którym była zawieszona (czy to była czereśnia?).

Huśtawkę zrobił dziadkowi Toropile dawno temu, pewnie w XIX wieku, ojciec, by chłopiec nie nudził się przy pasieniu. Z nim i z babką Toropiłową siadywałam przy stole stojącym pod niziutkim oknem ich starego domu i jadłam chleb z miodem. Obok pobudowali sobie nowoczesny dom młodzi. Gdy dziadkowie się zestarzeli, młodzi wzięli ich do siebie. Stary dom ktoś kupił i chciał w całości przenieść w inne miejsce. Kiedy go zabierano, babka i dziadek Toropiłowie stali na balkonie nowoczesnego domu i płakali. Ich chatę postawiono na okrągłych belkach, zwanych okrąglakami, i zaczepiono do traktora. Tak właśnie przenoszono kiedyś domy, sunęły jak lądowe żaglowce, przed epoką traktorów ciągnięte przez ludzi i konie. Chata Toropiłów miała do pokonania niecałe dwieście metrów. Po drodze napotkała jednak niewielki zagon truskawek, przez który nie dało się przejechać, i została tam, na polu zatopionych w zieleni czerwonych owoców, pociemniała od deszczu, słońca i lat. Po pewnym czasie zaczęła się rozpadać i wkrótce rozebrano ją do końca. Wiem to wszystko z opowieści, nie było mnie już wtedy w Olchowcu.

Na możliwość przeczytania całej książki czekam niecierpliwie, ale już teraz do zacytowanego fragmentu muszę wnieść kilka istotnych sprostowań. Po pierwsze na Kolonii w Olchowcu było jeszcze jedno gospodarstwo – rodziny Mikulików (istniejące zresztą do dziś), po drugie dziadek Wasyl Toropiło w dniu przeciągania ich starej chyży już niestety nie żył, a na balkonie siedziała sama babka, czyli Pelagia Toropiło, po trzecie wreszcie chyża, w której przeciąganiu brała udział cała wieś i wszystkie pięć traktorów, rzeczywiście utknęła na poletku truskawkowym, ale została rozebrana i wybudowana od początku. Wiem coś na ten temat, bo pomieszkuję w niej do dziś.

Andrzej Wielocha