O czasie huculskim (Płaj 35)

Stanisław Vincenz

(fragment)

Pamięci Petra Gotycza-Danylukowego

Kto chce wędrować po górach huculskich, ten winien zdać sobie sprawę z odrębności i swoistości huculskiego czasu. Zwłaszcza jeśli przybywa z Zachodu, gdzie to podobno naprawdę uważają, — że czas to pieniądz. Pieniądz, duży czy mały, lecz jak każda jednostka monetarna ma w danej chwili ściśle określoną wartość, choćby nawet była zależna od wahań giełdy. Taka moneta ma wiele równych sobie, to znów mieści się bez reszty w jednostce większej. Tak też jest z tym czasem zachodnim. Ale nic podobnego nie ma na Huculszczyźnie. Udając się zatem w góry warto pamiętać o tym istnieniu odrębnego czasu huculskiego, inaczej wędrowca może spotkać niejedna niemiła niespodzianka, irytacja lufo nieporozumienie. Tym bardziej musi się zapoznać z tym czasem huculskim, jeśli chce, jak to się mówi, zawrzeć „pobratymstwo” z górskimi ludźmi i z całym górskim krajem, jeśli jest „przyjacielem Huculszczyzny” starego czy choćby nowego autoramentu. A jeszcze więcej winien zanurzyć się w ów czas huculski, — czas bez granic, bez słupów milowych, — ten, kto chce wynieść z tych gór coś jedynego w swoim rodzaju.
Wincenty Pol w jednym ze swych opisów podróży (odbytej w połowie ubiegłego stulecia) opowiada, jak ta w czasie wędrówki za Suliguł, aż do owego kąta trzech krajów, jeden z towarzyszących mu Hucułów, tworzących jego karawanę, który nosił złoty zegarek wraz z łańcuszkiem, — tak sobie, tylko dla ozdoby, — nagle przeraził się, gdy zegarek jego, nakręcony przez któregoś z uczestników wyprawy, zaczął normalnie iść i tykać. A im więcej mu tłumaczono znaczenie czasomierza, z tym większym podejrzeniem i złością nań patrzył. Wkońcu dokuczyło mu widać to szeptanie diabelskie. Zerwał łańcuszek, rzucił wraz z zegarkiem w berdo: Niech tam sobie czortom „szuszuka”!
Wincenty Pol może zbyt pośpiesznie interpretuje owo przerażenie towarzysza podróży. Powiada tak mniej więcej: Musiał nieborak podejrzewać, że to dusza zabitego Ormianina, dawnego właściciela tego zegarka, zbudziła się nagle tam w tym niesamowitym pustkowiu za Suligułem. Tyle Wincenty Pol. Wydaje się jednak, że w owych czasach taki człek górski, który napadał, a jak przyszło co do czego i zabijał Ormian, podróżujących przez góry karawanami, już dalej nie wiele troszczył się o duszę kupca jakiejś tam „ormiańskiej wiary”. Natomiast słyszałem o innej interpretacji tej dawnej niechęci do zegarków idących. Po prostu, jak byśmy to powiedzieli, było to uprzedzenie przeciw odmierzanemu czasowi.
—  To wypukuje chrześcijaninowi godziny i minuty, — ta bieda. Tak jakby śmierć kroczyła i kościaną stopą stukała. Wszystko wymierzysz, wyrachujesz, a wkońcu wyjdzie ci, — bracie, — rejestr arendarski, lichwiarski  rachunek,  ile  tych  godzin  i minut do śmierci masz jeszcze.
—  A niech czort sam sobie godziny numeruje! Do berda z tym!
I gdyś tam dawniej spojrzał z Suligułu na puszcze górskie bez końca, na rozkołysane morze połonin i szczytów, toś już odrazu wiedział, jaki tam czas panuje. Iśćby tam, zdaje się bez końca… Czas jak morze bezkresne i życie jak morze…
— Co innego zegarek dla ozdoby, ot tak, dla przykrasy. I dlaczegóżby tylko jeden? To już co innego. Ale gdzież z takim pudełeczkiem brać się do tego wielkiego czasu bezkresnego…
„Czas całkiem swój, całkiem odrębny włada i nacodzień tą wierchowiną zieloną, gazduje nad puszczami i połoninami. Patrzcie, jak się pora przed świtem. Jedzie sobie ten czas, olbrzymi stary gazda z długimi, białymi włosami, jedzie połoniną czy płaikiem leśnym na wozie, zaprzężonym w cztery byki potężne, ale stateczne. Gazda zadumany a rad czemuś. Uśmiecha się łaskawie. Byki powolutku równomiernie kiwają głowami. Skrzypi jarzmo: cyyr — cyyr… Stają prawie byki. — Heej… — cedzi gazda. — Namyślają się byki, namyśla się i gazda. Ogląda się, słoneczko jeszcze nie wzeszło: Majemo czies… Heej — powtarza po chwili. Ruszają byki, stąpają mocno, to zwolna idą naprzód, to zatrzymują się. Skrzypem jarzma wygrywają szerokie tempo czasu huculskiego: Majemo czies… Te słowa, jak łaskawy uśmiech gazdy-piastuna, unoszą się nad całym krajem” .
(…)
Czas huculski ma wielkie wady. Niebardzo nadaje się do rzeczy praktycznych, nie jest pieniądzem. Z pewnością nie jest dobry dla procesów sądowych, dla terminów, dla pociągów, dla choroby. Nie jest obiegową monetą. Ale co innego pieniądze, co innego skarby. Te skarby płonące, zaklęte, czarnohorskie, doboszowe czy inne. Bez rachunku zsypane przez junaków górskich w paszczę skalną, kiedyś dawno… Albo w komorach skalnych umyślnie wykutych poukrywane. Bóg wie, jakie świeczniki czarodziejskie z zamków węgierskich czy z tureckich meczetów przyniesione…
Powoli, drzemiąc, płynie przez puszcze czas. Spowija duszę jak stary piastun. Dziwne nasienie wylęga, sny i pieśni. Czeka i czuwa aż dojrzeje piękno… Dlatego dziś, gdy moda lub nawet snobizm pozwalają odkryć skarby, o których przedtem i świętym Pańskim by nie uwierzono, należałoby te refleksje zakończyć apelem do gości z dalekiego świata, przywitaniem huculskiem: Gośćcie tu zdrowo! Ale nie rozbijajcie tego świata. Nie wprowadzajcie doń więcej tempa amerykańskiego, a choćby tylko warszawskiego, niż jest nieodzowne. Złóżcie to tempo na ostatniej stacji kolejowej do przechowalni. A nawet przeciwstawcie ten górski „słobodny” czas — tyranii standardu, dyktaturze szablonu. Ten górski czas wnosi pewien strumień indywidualizacji w nasze życie. To nie kryzysowy, zdewaluowany czas, którego mamy teraz tak dużo, jak niegdyś polskich lub niemieckich papierowych marek. Kryzysowy czas milczy jak wyschnięte lub zasypane źródło. A tamten górski czas jeśli i milczy, to jak puszcza bezdenna. Chroni on — zda się — wyleguje to, co ukryte w człowieku, co jednorazowe, co z nim raz tylko na ten świat przyszło.

Pod Popadią Czywczyńską, ze zbiorów M. Orłowicza