Płaj – co to właściwie znaczy (Płaj 14)

Andrzej Wielocha
(fragment)

[przypisy pominięto]

Właściwie to już od pierwszego zeszytu „Płaju”, czyli od ponad dziesięciu lat, noszę się z pomysłem napisania większego tekstu na temat słowa płaj i jego znaczeń. Pierwszą, trochę może intuicyjną próbę zawarłem w motcie, które od pierwszego zeszytu pojawia się na naszych stronach tytułowych. Wtedy wy­dawało mi się, że o znaczeniu tego słowa dużo więcej powiedzieć się nie da, i myślałem raczej o pokazaniu konkretnych przykładów jego występowania na terenie Karpat oraz tego, jak termin ten funkcjonował w piśmiennictwie. Jed­nak w miarę poszukiwań moje zdumienie wielością jego znaczeń, powszech­nością występowania, a zarazem fascynacja otaczającą go tajemniczością, rosły lawinowo. Dzisiaj moja wiedza na ten temat jest znacznie większa niż dziesięć lat temu, choć z pewnością nadal mocno niekompletna. Ponieważ jednak tekst ten nie ma ambicji naukowych, mam nadzieję, że czytelnicy wybaczą mi jego braki, składając je na karb mojej niecierpliwości.
1.

Żeby zwykłe słowo stało się słowem wyjątkowym, musi wiele się zdarzyć. Płaj był kiedyś dla mnie pustym, nie budzącym żadnych emocji ani skojarzeń dźwię­kiem. Nawet nie potrafię powiedzieć, kiedy to słowo pierwszy raz usłyszałem. Musiało upłynąć wiele wody, musiało dojrzewać w lekturach Krygowskiego, Orłowicza i Vincenza, w kilometrach przebytych górskich ścieżek i dymach dziesiątków ognisk, żeby nagle ze zwykłego słowa stać się słowem-kluczem. Żeby zawibrować, zalśnić i otworzyć tysiące zamkniętych dotąd drzwi. Czy jednak całą tę nabytą tajemnicę, można przekazać komuś innemu? Czy pod­daje się ona dyskursowi, czy raczej jedynie intuicja jest w stanie sobie z nią poradzić? Spróbuję tej drugiej drogi.

Czy zdarzyło ci się, Drogi Czytelniku, po długiej mozolnej wędrówce sta­rym, ciemnym, górskim lasem, pośród poskręcanych buków czy też brodatych smreków, doszedłszy na skraj górskiej łąki, zatrzymać się na moment? Czy smakowałeś tę ulotną chwilę, kiedy pogrążony jeszcze w cieniu, w obramieniu ostatnich drzew widziałeś przed sobą jasność zalanej słońcem łąki? Czy ce­lebrowałeś ten fascynujący akt przekraczania granicy dwóch światów? Jeżeli tak, to sam już wiesz, czym jest płaj. Bo właśnie w tym króciutkim mgnieniu oka, w tej osobliwej chwili, na wspomnienie której jeszcze po latach dreszcz jakiś przebiega po plecach i uśmiech pojawia się na twarzy, zawiera się cała wyjątkowość tego słowa.

Człowiek przez całe życie odkrywa świat dla siebie, poszukuje własnych znaczeń. Jedni szukają dłużej, inni krócej. Ja swoje górskie poszukiwania zacząłem od Tatr. Poznawałem je łapczywie. Zachłystywałem się każdą nową doliną, aż w pewnym momencie z przerażeniem stwierdziłem, że byłem już we wszystkich. Wtedy zacząłem wymyślać sobie nową, własną dolinę. Składałem ją misternie z kawałków wszystkich innych tak długo, aż w końcu widziałem ją dokładnie, z najdrobniejszymi szczegółami. Wizja była tym realniejsza, im dalej byłem od Tatr. W Warszawie wielokrotnie łapałem się na tym, że szukam mojej wymyślonej doliny na mapie. Dopiero jednak po latach zdałem sobie sprawę, co w tej wizji nie istniejącej doliny było najważniejsze. Otóż najważniejsze było to, że mając taką nie „zaliczoną” jeszcze dolinę, mogłem cieszyć się myślą, że mam jeszcze przed sobą cudowny moment wkroczenia do niej, moment przekraczania granicy światów. Moment wtajemniczania.

Płaj prowadzi w góry. Idzie nimi statecznie, można by rzec — dostojnie. Jest za stary na to, żeby podbiegać, podskakiwać i zaglądać w różne dziury. Ciekawość zostawia niecierpliwym młodzikom. On nie po to jest w górach, żeby wspinać się na ich wierzchołki, tę przyjemność, jak każdy prawdziwy góral, zostawia dulskim nuworyszom, on wie, że najważniejsze w górach jest samo w nich bycie, nabywanie się nimi. Płaj to także swoisty rewasz, zakarbowana umowa między górami i człowiekiem, notacja wzajemnych zobowiązań i rozliczeń. W nim, w jego kształcie i w każdej jego szczerbie są zapisane warunki umowy, przestrzegane przez obie strony, zasady określające, jak ma postępować człowiek, aby móc tu żyć. Płaj jest wreszcie nie tylko drogą w góry, lecz samymi górami poniekąd. A już na pewno tym ich obszarem czy też przestrzenią, którą góry oddały człowiekowi.
2.

Gdzie szukać znaczenia lego słowa? Najprościej oczywiście w tekstach poświę­conych Huculszczyźnie. Zacząłem więc od szperania w literaturze, a pierw­sze kroki skierowałem do dzieła najlepszego niewątpliwie znawcy huculskich spraw, Stanisława Vincenza. W Prawdzie Starowieku pisze on tak:
…Osiedla na Wierchowinie odosobnione jak wysepki na puszczy… Łączą je właściwie tylko płaje, szlaki dalekobieżne, niepozorne, lecz trwałe, co prawda dla wozów i kół nieprzydatne, lecz dla jazdy konnej dogodne. Te płaje ukryte, to kościec społeczeństwa i mapa dawności. Ale to wiedzcie, krajanie, i opowiedzcie w świecie wynalazcom, że na płajach tych taka tę­sknota zatula oczy i nagle je otwiera, że widać od razu na zakręcie nie tylko tych ludzi, do których zajdzie się w ciągu dnia, ale i tych, którzy są całkiem daleko. Cóż dawnego, że jeden z junaków starowieku, złotokędziorny pan watażko Dmytro z płaju pod Kremenystym na Hołowach dojrzał starego cesarza chrześcijańskiego, który tak troskał się o nasz lud. A tamtemu dru­giemu, staremu kudłaczowi, co się zwał Andrijko, z płaju na Dancerskim poprzez skały otworzyła się od razu droga do Rzymu tam gdzie pępek ziemi a na jej końcu zaświecił bielutką głowiną główny chrześcijanin, sam papa-rymski, dziadek najmilszy, co wciąż dostępu do nieba pilnuje. Ach, na tych płajach tak samotnie, cicho, aż głucho pustynnie, że napada z lotu papa-rymski i cesarz chrześcijański, to już łatwizna, ale ci wszyscy, których na żadnych płajach ziemskich nie spotkacie. Kości ich gdzieś nad Amu­rem albo w Alpach włoskich, w Londynie albo w Nowym Jorku, a te osoby same nie gdzie indziej, lecz po naszych płajach właśnie się przechadzają. Dawność obecna cieleśnie na płajach dniem, a nocą jeszcze bardziej. To nie przywidzenia żadne, i dawność to nie przeszłość. Bo tak już jest, że im dawniejszy płaj, im więcej pokoleń po nim dreptało lasem czy grzbietem, brzegiem czy stokiem, w opłotkach czy połoniną tym pewniejszy, bo tak wydrążony a gładki, że nawet w noc ciemną nie wypuści człowieka ani konia jak na jagnią sęp, co zalatuje do nas z Siemiogrodu, czarny z żałobnymi wisiorkami u lotek taka sama tęsknota, co zaraz porywa i niesie wszystkie życzenia, co zaledwie kwilą. I zaraz zjawi się nie tylko

I jeszcze:

Wysoko idącymi płajami, jakby gościńcami przyrodzonymi, którymi już w odległe czasy różne plemiona przechodziły, różne wędrówki ludów się od­bywały, odwiecznymi płajami podążają gazdowie, dawniej zawsze konno, dziś konno lub pieszo.
(…) Daleko od ludzkich siedzib, wysoko nad granicą lasów, graniami, po bezdrożach, trawiastych połoninach lub przez przełęcze biegną płaje, prastare przedhistoryczne szlaki wydeptane przez wieki Sięgają na Bałkany i ku Alpom, mają swe połączenia ze stepowymi szlakami Ukrainy i Wołoszczyzny. Niektóre porzucone, niektóre używane tylko w czasach największych powodzi, gdy zatoną drogi i bite gościńce.
(…) Pomiędzy nimi przedziera się od strony Czarnohory głębokim i krę­tym jarem potok Czerłeny, dopływ Bystreca. Nad tym potokiem rwie się w górę stromy płaj leśny. Najstarszy to czarnohorski płaj. Tędy docierał do Czarnohory, lat temu dwieście, słynny watażko Dobosz. Doboszowy płaj skręca i znika w lesie… Płaj ten nie zapraszał do pościgu.
(…) Musiał iść prastarym, nieco strasznym płajem, który zaraz za Berezowem wspina się na połoniny i biegnie szerokim pustkowiem połonińskim aż pod Hordje, ciągle działem wód między Prutem a Czeremoszem, cza­sami wchodzi wpuszczę, a wreszcie przez przełęcz Maryszewską wpada na Czarnohorę.

Piękne, prawda? Po tej lekturze trudno mieć jeszcze wątpliwości, że płaj to coś zupełnie wyjątkowego, specyficznego tylko dla Huculszczyzny. Vincenz przemawia do serca, do wyobraźni, maluje słowem niepowtarzalne obrazy. Spróbujmy jednak podejść do jego epopei jak do źródła informacji i zbu­dujmy definicję opisową. Czym więc jest u Vincenza płaj? „Dalekobieżnym, odwiecznym szlakiem”, „traktem kraju huculskiego”, „odwiecznym gościńcem szczytowym”. Płaj może być „wierchowy”, „grzbietowy” lub „leśny”, może też być „carynkowy, miękki” lub „stokowy”. Może być „uhorski” lub „przesieczony przez puszczę i zwany stąd Prosicznyj”. Często pojawia się w opozycji do zwykłej drogi czy „ścieżki dołowej”. Płaje są też „starsze od wszystkich gościńców”.

I dużo tego, i jednocześnie mało. Nasza wiedza poszerza się znacznie, jed­nak definicji z tego nie da się zbudować. Poruszamy się bowiem cały czas na płaszczyźnie intuicji i jej musimy pozostawić rozstrzygnięcie, czy jakaś kon­kretna droga lub ścieżka górska zasługuje na miano płaju. Oczywiście trudno od literatury oczekiwać więcej.

Zostawmy więc literaturę piękną, a bardziej zainteresowanych kontekstami literackimi płaju, odeślijmy do Stylizacji huculskiej Marii Brzeziny. Nie mogę sobie jednak odmówić zacytowania w tym miejscu jeszcze jednego, trochę magicznego i nostalgicznego przykładu pojawienia się płaju w literaturze. Jerzy Stempowski w liście do Zygmunta Haupta pisze tak:

Kiedy nachodzi mnie melancholia lub jakaś nudna choroba, zamykam oczy, wybieram sobie jakiś dobry płaj i idę nim w myśli powolutku, zatrzy­mując się na zakosach ścieżki, koło drzew i kęp trawy, które mogę sobie przypomnieć.

To płaj w zupełnie innym wymiarze. Wymuskane skrzydłami tęsknoty, zacza­rowane miejsce ucieczki, ale też źródło nowych sił.

Wracajmy jednak do naszych poszukiwań. W najstarszych pracach o Huculszczyźnie termin płaj pojawia się jedynie jako przykład specyficznego hu­culskiego słownictwa. Występuje w najstarszym chyba słowniczku huculskim, opracowanym przez Wagilewicza przed 1837 r., gdzie przetłumaczony jest jako „ścieżka leśna”. Jednak w opisach huculskiego krajobrazu pochodzących z tego okresu termin płaj prawie się nie pojawia. (…)
8.

Czy rzeczywiście takie były losy płaju? Czy naprawdę przyszedł na teren Eu­ropy Środkowej ze Słowianami, by potem, uległszy ewolucji na Bałkanach, wrócić w Karpaty jako rumunizm? Nie wiem na pewno. Choć myślę, że jest to prawdopodobne. Wierzę jednak, że bez względu na to, jakie znaczenia miał wcześniej, dopiero tu, w Karpatach, stał się słowem bardzo ważnym, jeżeli nie najważniejszym dla wielu pokoleń karpackich pasterzy. Słowem, którym określali swój świat, swój kosmos, a dokładniej mówiąc — jego lepszą, gór­ską, letnią połowę. Świat życiodajnych, górskich pastwisk, nieograniczonych przestrzeni, nieokiełznanej wolności.

Zaczęliśmy od literatury i na niej wypada nam skończyć. Jestem bowiem pe­wien, że jednak najpełniejsze wyjaśnienie, czym jest płaj, zawierają dwie pierw­sze linijki prastarej rumuńskiej ballady pasterskiej, zatytułowanej Mioriţa:

Pe un picior de plai, Pe o gură de rai.

co w tłumaczeniu znaczy:

U podnóża płaju, u wejścia do raju.