Pułkownik Norbert Okołowicz (1890-1943). Kartki do biografii (Płaj 38)

Leszek Rymarowicz

Rodzicom pracę tę poświęcam.

(fragmenty)
W wydanym wiele już lat temu przewodniku Powroty w Czarnohorę przypomniano, a właściwie odkryto na nowo postacie wielu osób zasłużonych dla turystyki, ochrony przyrody, literatury i sztuki, związanych z Karpatami Wschodnimi w okresie II Rzeczypospolitej. W ciągu kilkunastu minionych lat wiele z tych postaci doczekało się obszernych opracowań, niektóre jednak, jak nasz tytułowy bohater, czekają nadal na swoich „odkrywców”.
Przy okazji sesji w Rafajłowej postanowiłem przybliżyć jej uczestnikom, a w konsekwencji także czytelnikom „Płaju” postać nietuzinkową. Jej życiorysem obdzielić można byłoby przynajmniej kilka innych osób, których grube biografie zalegają półki księgarń i antykwariatów.

Znana fotografia wykonana w Żabiu w dniu 28 VIII 1939 r. przez Tadeusza Dohnalika na ostatnim chramie w przeddzień II wojny światowej, podpisywana zazwyczaj „trzy asy”, a przedstawiająca Mieczysława Orłowicza, Stanisława Vincenza i Petra Szekeryka-Donykiwa (zamieszczona np. w „Płaju” nr 35, s. 122), nie zawiera niestety asa czwartego, którym moim zdaniem mógłby być właśnie Norbert Okołowicz.
Kim był Norbert Okołowicz, człowiek obecnie zapomniany, który w latach trzydziestych uchodził za najwybitniejszego znawcę sztuki huculskiej, którego komplementował Ferdynand Ossendowski w posłowiu do swojej Huculszczyzny, na którego zbiory i wiedzę powoływał się Stanisław Vincenz, którego wybrano jako osobę najbardziej kompetentną do zgromadzenia eksponatów etnograficznych dla Muzeum Huculskiego w Żabiu, który w swoim domu gościł wszystkie chyba znaczące postacie ówczesnej polityki, nauki i sztuki, wśród nich przynajmniej dwu noblistów? Człowiek, który ostatnie lata życia spędził w odległej od cywilizacji Riczce koło Kosowa, w prawdziwym centrum sztuki huculskiej? Który niósł Hucułom rzeczywistą, pozbawioną jakichkolwiek kontekstów propagandowych pomoc i którego huculscy sąsiedzi chronili w ciężkich latach wojny aż do czasu uaktywnienia się nacjonalistów ukraińskich, przed którymi rodzinę pułkownika i jego samego mogli już tylko ostrzec? Który zmarł, jak pisze Stanisław Vincenz, „w najgorszym czasie” i którego miejsce pochówku jest nieznane?
(…)

Norbert Tadeusz Okołowicz urodził się 16 października 1890 r. w Wołkowcach (parafia Borszczów, woj. tarnopolskie). Jego ojciec był inżynierem zajmującym się budową mostów. Okres młodości spędził w Stanisławowie, później we Lwowie.

Był absolwentem krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Studia odbył w latach 1908–1913, z akt personalnych przechowywanych w CAW wynika, że do ich ukończenia zabrakło mu jednego egzaminu. Był uczniem Leona Wyczółkowskiego i Stanisława Dębickiego. Brał udział w wielu plain air na Huculszczyźnie, zapewne wraz z Władysławem Sichulskim i pochodzącym z Mikuliczyna Fryderykiem Pautschem. Jako artysta nie zrobił wielkiej kariery malarskiej, znaczne sukcesy odniósł natomiast w dziedzinie sztuki użytkowej.

W latach 1913–14 i po przerwie wojennej w roku 1921, był członkiem tzw. Warsztatów Krakowskich, czyli stowarzyszenia działającego przy Muzeum Techniczno-Przemysłowym w Krakowie, które postawiło sobie za cel podniesienie jakości artystycznej i użytkowej sztuki rzemieślniczej. Sięgano więc do metod pracy bliskich wytwórczości ludowej, po oryginalne materiały, narzędzia i technologie, które w rękach artystów miały stworzyć nowe wartości. Odrzucano zarówno naśladownictwo stylów historycznych, jak i secesyjną dekoracyjność. W kręgu tym działali zarówno znani twórcy, jak Karol Homolacs, Karol i Zofia Stryjeńscy, Adolf Szyszko-Bohusz, Franciszek Mączyński, jak i krakowscy rzemieślnicy, a nawet proste, bezrobotne dziewczyny z podkrakowskich wsi, wystające co rano pod bramą „cigarfabriki” na dzisiejszej ul. Dolnych Młynów, z nadzieją na jakąkolwiek pracę, które przyuczano np. do ręcznego, bez wcześniejszego projektu, zdobienia tkanin. Celem działania Norberta Okołowicza i kilku innych zapaleńców było ożywienie techniki farbiarskiej, wyzwolenie jej od agresywnych kolorów i nietrwałych anilinowych farb produkowanych przez przemysł. Odtworzono około stu starych receptur. Okołowicz zajmował się także tworzeniem tkanin batikowych (pochodząca z wyspy Jawa metoda zdobienia tkanin z użyciem wosku, porównywalna z barwieniem woskowanych pisanek). Opracował na tę okoliczność podręcznik farbowania batiku, w którym na podstawie własnych doświadczeń przypomniał stare, naturalne i szlachetne techniki barwienia. Podręcznik ten został wydany w Warszawie dopiero w 1925 r. pod tytułem O farbowaniu batiku, czyli tkaniny woskiem pisanej. Wspominam o tym nieprzypadkowo, bowiem obydwa te obszary zainteresowań twórczych Norberta Okołowicza będą miały znaczenie w jego późniejszej działalności na rzecz podźwignięcia z upadku sztuki huculskiej.

Będąc członkiem Związku Strzeleckiego, podobnie jak wielu innych artystów, Okołowicz wstąpił do Legionów i jako żołnierz żandarmerii polowej przeszedł cały szlak bojowy z późniejszą II Brygadą Legionów Polskich. Uczestniczył we wszystkich poważniejszych walkach: wokół Rafajłowej, na Huculszczyźnie w rejonie Żabiego i Kosowa, w rejonie Lajos Falva i Kirlibaby, Iacobeni, Selatyna, Berehometu, uczestniczył w kampanii bukowińskiej roku 1915. Wymieniany jest w wojennych wspomnieniach m.in. Stanisława Rostworowskiego i Augusta hr. Krasickiego. Oprócz obowiązków żandarma pełnił funkcję oficera ordynansowego (np. w walkach pod Rarańczą we wrześniu 1915 r.), pozostawał więc w centrum wszystkich ważniejszych wydarzeń kampanii. Był też zapewne blisko obszaru szarży pod Rokitną 13 VI 1915 r. Według tradycji rodzinnej pod Kirlibabą został ciężko raniony odłamkiem szrapnela (wiadomości tej w oparciu o dostępne źródła nie udało się jednak zweryfikować). Szybko awansował i obejmował coraz bardziej odpowiedzialne funkcje (zrazu chorąży, od 19 XI 1914 podporucznik, od 25 VI 1915 porucznik, od 1916 r. rotmistrz, a od 15 IV 1915 dowódca żandarmerii polowej w II Brygadzie).

Życie żandarma, nawet legionowego, zapewne nie było łatwe. Na pewno nie było tak różowo i bezproblemowo, jak by to wynikało z wydawanych pod czujnym okiem cenzury książeczek ku pokrzepieniu serc typu pracy Bertolda Merwina Legiony w Karpatach z 1915 r. Wydaje się, że nawet płk Roja w swoich wspomnieniach nie w pełni oddaje wojenną rzeczywistość. Pisze on o częstych próbach organizowania sądów polowych, wieszania „rusofilów” i zdrajców, przypisując to jednak hamowanej przez dowódców liniowych Legionów nadgorliwości „regularnej” żandarmerii austriackiej. W jego wspomnieniach przewija się jednak motyw zdrady miejscowej ludności, w wyniku której padły pierwsze wśród legionistów ofiary. Rzeczywistymi i poważnymi problemami nieregularnych, co trzeba powiedzieć, oddziałów legionowych, szczególnie w obliczu strat poniesionych pod Mołotkowem, były: brak dyscypliny, dezercje, czy też „zagubienia się”, waśnie i pijaństwo. Pisze o tym np. Stanisław Czerep w wydanej w 2007 r. monografii II Brygada Legionów Polskich 1914–1918. Być może i było tak, jak pisze wspomniany Bertold Merwin: „Dotąd nie zdarzył się wypadek kary śmierci w Legionach. (…) Z chlubą wreszcie zaznaczyć trzeba, że w Legionach dotąd nie zapadł wyrok za tchórzostwo”. Szczerzej jednak pisze ksiądz Józef Panaś, na przykład o atmosferze towarzyszącej wkroczeniu legionistów do Nadwórnej:
Wszystko wiedzący żydkowie, na widok jakichś odmiennych mundurów zaczęli krzyczeć „hojch Preussen”, ale kilka dosadnych argumentów zmieniło ich przekonania polityczne i nie bez wielkiego zdziwienia dowiedzieli się, ze istnieje także „Polskie Wojsko”. (…) Według opowiadań miejscowej ludności po zajęciu Nadwornej kozacy odczytali na ulicy Delatyńskiej nazwiska wszystkich, którzy brali przed wojną zapomogi w rublach rosyjskich i wprost żądali od nich usług wojskowych. A że na początku wojny obawa przed zdradą rzeczywistą czy fikcyjną była wprost chorobą nagminną, więc nic dziwnego że i nasza żandarmeria, która tak w I, jak i II Brygadzie składała się prawie bez wyjątku z uczestników bojówki z r. 1905, zaaresztowała kilkunastu obwinionych o udzielanie wojskom rosyjskim czynnej pomocy i mimo łagodzącego wpływu Ekscell. Durskiego i zabiegów miejscowych księży obu obrządków kilka egzekucyj wykonano na rynku miejskim. Rotmistrz żandarmerii, z którego rozkazu wykonano tę jedyną w II Brygadzie egzekucję, zginął zaraz na trzeci dzień w bitwie pod Mołotkowem i to podobno od kul własnego żołnierza, za to, że zastrzelił rannego Legionistę wzbraniającego się wrócić do linii bojowej [mowa prawdopodobnie o pierwszym dowódcy żandarmerii polowej, Romualdzie Kunickim, któremu podlegał ówczesny chorąży Okołowicz].

Po rozłamie w Legionach i kryzysie przysięgowym w 1916/17 Okołowicz pozostał w czynnej służbie i po wycofaniu oddziałów legionowych z frontu wstąpił do Polskiej Siły Zbrojnej. W kwietniu 1917 r. zorganizował w Warszawie Wyższy Kurs Szkoły Żandarmerii, przeznaczony dla starszych podoficerów Polskiej Siły Zbrojnej, przewidzianych do objęcia stanowisk oficerskich w Polskim Korpusie Posiłkowym. W kursie tym uczestniczyli m.in. Felicjan Plato Bałaban – późniejszy dowódca Żandarmerii WP oraz Teofil Ney, o którym nieco niżej. Być może, a staram się to jeszcze ustalić, Okołowicz trafił na krótki czas wraz z innymi niesfornymi Karpatczykami do obozu dla internowanych w Beniaminowie.

Był jednym z głównych bohaterów głośnej akcji przerwania w nocnym boju przez oddziały II Brygady linii frontu austriackiego pod Rarańczą w nocy z 15 na 16 II 1918 w celu połączenia się z Korpusem Wschodnim gen. Dowbora-Muśnickiego. Była to reakcja na wieść o zdradzie sprawy polskiej przez dotychczasowego sojusznika, czyli Niemców, i zawarciu przez nich separatystycznego pokoju brzeskiego z Ukrainą, co doprowadziło, jak to wtedy nazywano, do IV rozbioru Polski: oddano Ukrainie Chełmszczyznę w zamian za dostawy zboża. To Okołowicz w Łużanach koło Czerniowiec na polecenie kapitana intendentury (!) Romana Góreckiego aresztował dowództwo Korpusu, w tym generała Zygmunta Zielińskiego, z którym przeszedł cały szlak bojowy II Brygady. Jak wspominali świadkowie, „czyniąc swą powinność”, nasz rotmistrz miał łzy w oczach, generała bowiem czcił jak ojca. Jak zeznawał później Okołowicz, było to konieczne, aby w przypływie melancholii generał nie odebrał sobie życia.

Podczas brawurowej nocnej ucieczki automobilem pomiędzy wrogimi oddziałami razem z całym eskortowanym konwojem Okołowicz został pochwycony przez Austriaków, a właściwie przez rozwścieczonych węgierskich honwedów, którym powiedziano, iż legioniści wymordowali podstępnie ich bezbronnych towarzyszy broni. Nie dawało im się niczego wytłumaczyć z tego prostego powodu, iż nie rozumieli żadnego „chrześcijańskiego” języka (cóż Madziar winien, że Madziar – chciało by się zacytować klasyka).
(…)

Z uwagi na swoją funkcję i rolę w aresztowaniu dowództwa Korpusu Okołowicz był szczególnie strzeżonym więźniem obozu dla internowanych w Huszcie i więzienia w Marmaros Sziget. Na załączonym zdjęciu z Husztu (wiosna 1918) pilnuje go trzech groźnie wyglądających honwedów. Nawet na zdjęciu ze szpitala w Huszcie, obok chorych, wśród których znajdują się Rotmistrz i równie barwna, a ciągle „nieodkryta” zawadiacka postać, kapucyn Kosma Lenczowski, stoi i bynajmniej się nie uśmiecha dwu nastroszonych węgierskich żołnierzy.

Rotmistrz był jednym z trzech głównych oskarżonych przez władze austriackie o szereg zbrodni wojennych, wśród których poczesne miejsce zajmowała zdrada Najjaśniejszego Pana, bunt z bronią w ręku, dezercja, zabicie żołnierzy cesarsko-królewskiej armii i zabór c.k. mienia wojskowego. Przestępstwa te zagrożone były wielokrotnym wyrokiem śmierci. Przed trybunałem Okołowicz zeznawał jako drugi w kolejności, i to po polsku – zmuszając skład sędziowski do mozolnego tłumaczenia swoich wypowiedzi. Relacje z tego procesu, który rozpoczął się 2 VI 1918 r. i trwał aż do faktycznego końca monarchii, zamieszczano na pierwszych stronach ówczesnych galicyjskich i nie tylko galicyjskich gazet. Wokół pomocy internowanym i więzionym w Huszcie i Marmaros Sziget zorganizował się prężny ruch społeczny, pomoc płynęła z całej Galicji i innych ziem polskich. Komitet Opieki nad Internowanymi Legionistami zebrał w krótkim czasie 200 000 koron w gotówce oraz odzież i żywność wartości 100 000 koron. Na znak poparcia dla aresztowanych zorganizowano strajk pracowników administracji i kolei, szeroko zakrojona była akcja zbierania podpisów pod apelem o uwolnienie legionistów. Obrony podjęło się grono najwybitniejszych ówczesnych adwokatów z byłym członkiem Rady Państwa, posłem dr. Hermanem Liebermanem, dr. Kazimierzem Ostrowskim, dr. Tadeuszem Dwernickim, dr. Natanem Loewensteinem.

„Szwarccharakterami” tej historii byli: znany z licznych anegdot i opowieści legionowych gen. Schilling, który chciał się m.in. zemścić za publiczne nazwanie go pamiętnej nocy pod Rarańczą przez jednego z legunów „starym osłem” i bezceremonialne wepchnięcie do jakiegoś okopu pod huraganowym ogniem pociągu pancernego, który nagle zagrodził drogę kolumnie legionowej, oraz audytor, Rusin Włodzimierz Ustianowicz, który po prostu chyba się uparł. Schilling szukał oficera, który w czasie walk pod Rarańczą wziął go do „niewoli”. Nie dowiedział się do końca procesu, iż tym groźnym oficerem był – nierozpoznany na szczęście z powodu ciemnej nocy – kapelan legionowy ksiądz Józef Panaś, którego jedyną bronią była… szpicruta.

Prokurator domagał się dla 102 legionistów, którzy byli obywatelami austriackimi, kary śmierci przez powieszenie, dla 11 poddanych rosyjskich kary dożywotniego więzienia. Wszyscy w pamięci mieli straszny los włoskiego patrioty Cesare Battisti, zgładzonego w barbarzyński sposób przez cesarsko-królewski wymiar sprawiedliwości w 1916 r. W tej niewesołej sytuacji powstały plany ucieczki, wzorowane na słynnej ucieczce dziesięciu więźniów z Pawiaka w 1905 r., godne niejednego filmu szpiegowskiego albo raczej obrazu filmowego w stylu C. K. Dezerterów.
(…)
Syn Rotmistrza Zbigniew przekazał mi informacje o Marmaros-Sziget, które zapamiętał ze wspomnień Ojca: o nocnym gwizdaniu strażników pod oknami i „cygańsko-węgierskich” śpiewach, oraz ze wspomnień swojej matki, a żony Norberta, Zofii z Sedlaczków: o przesyłce od męża zawierającej obrączkę, odesłaną w oczekiwaniu na egzekucję.
Jak pisze Stanisław Czerep we wspomnianej już monografii: „Desperacki krok, na jaki się zdobyli legioniści pod Rarańczą pod wpływem krzywdzących decyzji pokoju brzeskiego i niezłomna postawa w procesie w Marmaros Sziget stanowią jedną z piękniejszych kart w historii oręża polskiego”. I chciało by się rzec – szkoda, że tak zapomnianą.

Wkrótce potem, bo z początkiem listopada 1918 r., w ramach nowo utworzonego Sztabu Generalnego Wojska Polskiego Norbert Okołowicz tworzy w Warszawie Żandarmerię Wojsk Polskich, a 12 XI 1918 r. na mocy rozkazu nr 291 pkt. 3 szefa Sztabu Generalnego WP gen. Tadeusza Rozwadowskiego staje się jej dowódcą. Przedstawia na jego rozkaz plany organizacji żandarmerii na ziemiach byłego zaboru austriackiego. Nota bene ostatnio na stronach internetowych Centralnego Archiwum Wojskowego zamieszczono najstarszy zachowany rozkaz pisemny Sztabu Generalnego Wojska Polskiego (z 22 X 1918 r.), dotyczący organizacji szkoły żandarmerii.
Niektóre źródła podają, że Rotmistrz wyróżnił się w akcji rozbrajania Niemców w Warszawie. Na pewno zaś z jego polecenia porucznik Teofil Ney zorganizował ekspozyturę żandarmerii w Warszawie oraz zajął strategiczne obiekty w mieście – stację telegrafów, Belweder. Norbert Okołowicz był więc główną osobą odpowiedzialną za bezpieczeństwo i porządek w Warszawie w tym rewolucyjnym czasie. Kto wie, czy na którymś ze zdjęć z powitania Marszałka powracającego z Magdeburga nie znaleźlibyśmy charakterystycznej postaci Rotmistrza.

Na pewno również, jako dowódca żandarmerii, znajdował się w centrum wydarzeń z dnia 29 XII 1918 r. W dniu tym w zrewoltowanej Warszawie doszło na Placu Saskim do wielotysięcznego wiecu zorganizowanego przez Komunistyczną Partię Robotniczą Polski, m.in. w sprawie zatrzymania przysłanej przez rząd bolszewicki delegacji Rosyjskiego Czerwonego Krzyża. Została ona internowana na skutek protestu misji Rosyjskiego Czerwonego Krzyża działającej już w Warszawie, a także z powodu podejrzenia o zamiar prowadzenia agitacji bolszewickiej, a nawet wzniecenia w Warszawie rewolucji. Na Placu Saskim doszło do strzelaniny z kilkunastoma ofiarami. Norbert Okołowicz złożył później sprawozdanie przed Radą Ministrów i premierem J. Moraczewskim. Cała ta sytuacja spowodowała niezwłoczne przyjęcie przez rząd projektów dekretów o wprowadzeniu stanu wyjątkowego, sądach doraźnych i używaniu wojska w wypadkach wyjątkowych.

A co stało się z ową delegacją bolszewicką oraz znaczną, jak zauważono – nieproporcjonalną do zakresu planowanych działań, ilością pieniędzy będących w jej posiadaniu? Jak pisze w znanej jeszcze z podziemnego obiegu, a ostatnio pięknie wydanej książce Biały Orzeł – Czerwona Gwiazda prof. Norman Davis, jej członkowie, odsyłani do Rosji, tuż przed linią demarkacyjną zostali wywleczeni z pojazdu do lasu i tam zastrzeleni. Pieniądze oczywiście zrabowano. Dokonali tego prawdopodobnie maruderzy, na skutek niedopełnienia obowiązków przez lokalną żandarmerię. Zginęli Klocman, Ajwazowa i szef misji B. Wesołowski ps. „Smutny” – jak się okazało, przewodniczący Trybunału Najwyższego partii bolszewickiej… Czwartemu członkowi delegacji, Alterowi, udało się uciec i powiadomić o zajściu władze bolszewickie. Incydent ten wywołał ożywioną korespondencję pomiędzy ministrami L. Wasilewskim i G. Cziczerinem oraz spowodował praktyczne zerwanie wątłych i tak kontaktów rządu polskiego z bolszewikami.
(…)

Norbert Okołowicz uczestniczył w pracach przygotowawczych Polskiej Misji Syberyjskiej, która udała się via Paryż na Daleki Wschód, aby sprowadzić do kraju żołnierzy formacji polskich walczących z bolszewikami na Syberii w sojuszu z adm. Kołczakiem, Korpusem Czecho-Słowackim i wojskami Ententy. W jego teczce personalnej w CAW jest zapis, ze pełnił w niej funkcję szefa sztabu. W tradycji rodzinnej wiąże się to z jego dalekim wyjazdem. Nie udało się jednak potwierdzić udziału Okołowicza w tej eskapadzie zakończonej w Charbinie i w Szanghaju, skąd ocaleli z syberyjskiej anabasis żołnierze Dywizji Syberyjskiej w lipcu 1920 r. parowcem „Jarosław” pod polską flagą wrócili do Gdańska i zdążyli jeszcze wziąć udział w decydującej fazie bitwy warszawskiej.

Okołowicz brak też oczywiście udział w wojnie polsko-bolszewickiej. Według „Rocznika Oficerskiego” za 1923 r. był oficerem nadetatowym w 1 Pułku Strzelców Konnych. Według tegoż źródła za zasługi bojowe odznaczony został czterokrotnie Krzyżem Walecznych. Jak wspomina jego syn, w czasie wojny bolszewickiej był blisko Piłsudskiego, a po jej zakończeniu również bywał w Belwederze.
Od 1923 r. Okołowicz został przeniesiony do Ministerstwa Spraw Wojskowych na stanowisko szefa wydziału w Oddziale Kontroli Administracyjnej. W 1928 r. miał przydział do Korpusu Oficerów Administracji. Jak wynika ze wspomnień syna oraz wpisów w teczce personalnej w CAW, ostatnie lata służby wojskowej spędził w Wojskowym Instytucie Geograficznym, pracując przy wydawaniu map. Być może więc bohater mojej opowieści ma jakiś udział w tworzeniu znanych chyba każdemu turyście, niedoścignionych do dzisiaj WIG-owskich „setek”.

W okresach od lipca do października 1917 oraz od 8 lutego 1925 do 5 grudnia 1926 r. Norbert Okołowicz pełnił funkcję prezesa Klubu Sportowego „Legia” w Warszawie. Był jedną z trzech osób w historii „Legii”, które to zaszczytne stanowisko zajmowały dwukrotnie. Tego wątku nie rozwijam, z uwagi na oczywisty fakt, że tekst niniejszy powstał w Krakowie. Przez czystą złośliwość wspomnę, że w tamtych latach w „Legii” grali legioniści – piłkarze z Krakowa, ewentualnie ze Lwowa. Obecna „Legia”, powstała w istocie dopiero w latach dwudziestych, ze swoją poprzedniczką ma wspólną tylko nazwę i związki z wojskiem. W annałach klubu nie zanotowano jakichś spektakularnych osiągnięć organizacyjnych Norberta Okołowicza, wspomina się jednak o złym stanie zdrowia Prezesa.
Syn Pułkownika wspomina, że jego ojciec zawsze interesował się sportem, w swoim biurze zatrudniał kilku piłkarzy „Legii”. Pamięta również, że w Riczce zorganizował zawody lekkoatletyczne dla kolonii tam przebywających i klubu sportowego z Kosowa. Jego związki ze sportem musiały być istotne, skoro w ankiecie przechowywanej w jego teczce personalnej w Centralnym Archiwum Wojskowym Norbert Okołowicz wymienia wśród swoich kwalifikacji „dokładną znajomość wszystkich gałęzi sportu”.

Z piłkarskich ciekawostek wspomnieć można, iż cytowany w przypisach protokół aresztowania komendy Polskiego Korpusu Posiłkowego w Łużanach spisywał sierżant Stanisław Mielech, jeden z najbardziej znanych przedwojennych piłkarzy, gracz najpierw „Cracovii”, następnie „Legii”, uczestnik pierwszego meczu reprezentacji Polski (przegranego z Węgrami 0 : 1), a w cywilu doktor praw, po II wojnie światowej publicysta i autor książek o piłce nożnej.

Norbert Okołowicz był jednym z najbardziej aktywnych w latach dwudziestych organizatorów i uczestników seansów spirytystycznych oraz badań w dziedzinie okultyzmu i ezoteryki. Przeprowadził wiele eksperymentów z dziedziny, jak to się wtedy mówiło, metapsychiki. W latach 1918–25 organizował seanse z udziałem najsłynniejszego polskiego medium, Teofila Modrzejewskiego (1880–1943), bardziej znanego jako Franek Kluski. Zgromadził ogromny materiał dowodowy w postaci protokołów, relacji, fotografii, śladów (!) materializacji duchów, którego część opublikował w wydanej w 1926 r. nakładem Książnicy „Atlas”, liczącej 588 stron księdze Wspomnienia z seansów z medium Frankiem Kluskim z podtytułem: Zbiór dokumentów i materiałów dowodowych z 96-ciu fotografjami i szkicami zjaw, foremek i odlewów zmaterjalizowanych części ciała oraz 23 planami, wykresami i tabelami. Księga ta do dzisiaj w niektórych kręgach stanowi „dzieło kultowe”, analizowane i komentowane przez amatorów okultyzmu z najprzeróżniejszych krajów, łącznie z Japonią.

Świadkami opisanych w księdze zdarzeń było ponad 350 osób, m.in. Józef Beck, Marian Borzęcki (komendant główny Policji Państwowej), Stanisław Car – znany adwokat, Bolesław Wieniawa-Długoszowski, gen. Józef Haller, pięciu książąt Lubomirskich, Juliusz Osterwa, marszałek Józef Piłsudski, trzech hrabiów Potockich, Leon Schiller, Wanda Siemaszkowa, Władysław Seyda – wiceprezes Sądu Najwyższego, Bronisław Sobolewski – minister sprawiedliwości, Arnold Szyfman, trzech hrabiów Tarnowskich, gen. Włodzimierz Zagórski, gen. Mariusz Zaruski – stały bywalec seansów i ich prawdziwy pasjonat, Tadeusz Boy-Żeleński oraz wielu wymienionych w księdze z nazwiska profesorów uniwersytetów, inżynierów, lekarzy, przemysłowców, ziemian, wojskowych z kilku krajów.
(…)
Zaangażowanie Okołowicza w te sprawy musiało być bardzo duże, skoro współredagował on wydawane w latach 1924–26 pismo „Zagadnienia Metapsychiczne”, w którym zamieścił szereg artykułów, m.in. Zachowanie się i zjawy zwierząt na seansach materjalizacyjnych (nr 4/6, 1924), Medja malujące (nr 5/6, 1925), O wystawie obrazów malarza-medjum p. Marjana Grużewskiego (nr 9/10, 1926), Nowe foremki parafinowe uzyskane na seansach z medjum Frankiem Kluskim (nr 9/10, 1926). Uczestniczył też aktywnie w doświadczeniach z innymi słynnymi mediami, np. w dniu 11 XI 1925 r. z Lo-Kittayem, gdzie był nawet „induktorem” (cokolwiek to słowo znaczy). Protokół z tego seansu, odbytego w gronie 21 osób, opisuje także nieudane próby odczytania myśli pułkownika czy nieudane doświadczenia karciane z jego udziałem.
W 1925 r. Norbert Okołowicz za swoje batiki zdobył srebrny medal na Międzynarodowej Wystawie Sztuk Dekoracyjnych i Nowoczesnego Przemysłu w Paryżu. O sukcesach artystów z kręgu Warsztatów Krakowskich pisał m.in. Jarosław Iwaszkiewicz na łamach „Wiadomości Literackich”. Idee, którymi się kierowali, nie przez wszystkich były jednak rozumiane i przyjmowane entuzjastycznie. Na przykład w piśmie „Rzeczy Piękne”, wydawanym przez to same Muzeum Techniczno-Przemysłowe, w którym działał przed wojną Okołowicz, jeden z przedstawicieli nowoczesnej nauki i przemysłu rozprawił się z opisaną wcześniej „ekologiczną” wizją farbiarstwa, pisząc, że nie ma podstaw do twierdzenia, że barwniki naturalne są w czymkolwiek lepsze od syntetycznych, a grupka zapaleńców nie może negować osiągnięć nowoczesnej chemii, gdzie jeden tylko z koncernów zatrudnia 500 chemików opracowujących technologie farbiarskie… Cóż, można było się załamać.

Kariera wojskowa Norberta Okołowicza, tak jak większości legionistów II Brygady, przestała się rozwijać wraz z przewrotem majowym w 1926 r. Stanął po stronie niewłaściwej – z punktu widzenia kariery. Pozostał „wiecznym” podpułkownikiem i w roku 1931 lub 1932 przeszedł w stan spoczynku. Na fakt ten wpływ miał być może również jego stan zdrowia, które – jak już wiemy – stale się pogarszało.

W latach dwudziestych coraz częściej wyjeżdżał do Riczki koło Kosowa na Huculszczyźnie, gdzie przebywał w czasie studiów na plenerach malarskich, a potem walczył w czasie Wielkiej Wojny. Na początku wynajmował willę „Wójtówka”, później prawdopodobnie willę tę nabył. Zakupił także od Juska Hryhorczuka kawał ziemi na stoku Brusnego, gdzie cieśle huculscy postawili inspirowaną tradycyjną architekturą huculską „długą chatę” (długości ok. 20 m), otoczoną tradycyjnymi pidganiami i bogato zdobioną według najlepszych wzorów huculskich. W Riczce w okresie wakacyjnym żona Pułkownika, Zofia z Sedlaczków, z pomocą rodziny organizowała coś w rodzaju pensjonatu, reklamowane były także „kolonie klimatyczne dla dzieci i młodzieży”. Jak wynika z ówczesnego ogłoszenia, kolonie te mieściły się w obu budynkach, zapewniając odpowiednio 25 i 50 miejsc. Po przejściu w stan spoczynku Pułkownik przeniósł się do Riczki na stałe, w Warszawie bywając tylko okazjonalnie. W „długiej chacie” bywali zarówno goście rodziny, jak i coraz liczniej przybywający letnicy. Reklamę miał chyba dobrą, bo na Riczkę jako idealny cel wycieczek wskazywał w folderach swojego zakładu, w sposób jak zwykle niedopuszczający sprzeciwu nawet z profesorskich czy biskupich ust, doktor Apolinary Tarnawski z Kosowa.

Rodzina pułkownika czas dzieliła między Warszawę, gdzie kształcili się jego synowie: Jurek, Zbigniew i Dzidek, czyli Norbert junior, oraz Riczkę, gdzie co roku cała rodzina spędzała letnie i zimowe wakacje. Jak wspomina Zbigniew, ojciec od czasu do czasu wracał tam do sztalug. Z kilku powstałych w Riczce obrazów zrobiono pocztówki sprzedawane następnie letnikom. Dotarłem na razie tylko do jednej takiej pocztówki, której reprodukcję pozwalam sobie dołączyć. W zbiorach Zbigniewa Okołowicza zachowały się także inne pocztówki oraz rarytas: jeden z oryginalnych obrazów – autoportret Norberta Okołowicza w stroju huculskim (barwne reprodukcje obrazów Okołowicza zamieszczamy na s. IX, X i XI).

Norbert Okołowicz udzielał się społecznie w miarę możliwości zdrowotnych. Dystansował się jednak, jak się wydaje, od działań prowadzonych na Huculszczyźnie przez tzw. czynniki państwowotwórcze. Pomimo że był osobą niemalże idealną: artysta, a zarazem pułkownik i znajomy wielu innych pułkowników, wrośnięty pomiędzy Hucułów, nie zajął żadnego eksponowanego stanowiska w formalnych strukturach Towarzystwa Przyjaciół Huculszczyzny, ani na szczeblu centralnym, ani lokalnym. Nie firmował swoim nazwiskiem także spektakularnych i nastawionych na propagandę imprez, jak przeróżne „dni huculskie”, czy Zimowy Marsz Szlakiem II Brygady Legionów Polskich. Nie uczestniczył w 1931 r. w urządzonej w Urzędzie Wojewódzkim w Stanisławowie „Ankiecie w sprawie Karpat Wschodnich”, gdzie jako główny znawca rzemiosła huculskiego występował major Henryk Gąsiorowski. Jak wynika z zachowanej korespondencji Pułkownika z dyrektorem Muzeum Etnograficznego w Krakowie, zresztą znakomitym znawcą sztuki huculskiej, Tadeuszem Sewerynem, odnosząc się do TPH, Okołowicz „jakoś tej instytucji nie ufał”. Jak się wydaje, w grę wchodziła także niechęć okazywana mu przez sekretarza TPH, płk. Ludwika Lichtarowicza, zaciekłego piłsudczyka – pochodząca prawdopodobnie jeszcze z czasów legionowych.

Podjął natomiast Okołowicz pracę u podstaw, w terenie, organizując twórców ludowych z okolic Kosowa, przywracając stare techniki wytwórcze, tradycyjne technologie i wzornictwo nieskażone zapotrzebowaniem rynku na „huculskie” kałamarze, oprawki do piór czy okładki na albumy, a także działalnością komercyjną rozmaitych „przyjaciół Huculszczyzny”. Zamawiał u twórców wyroby tradycyjne. Organizując zbyt, nie przyjmował np. wyrobów snycerskich przeładowanych rogiem, kauczukiem, masą perłową. Na jego zamówienie wielu twórców wróciło do starych wzorów mosiężniczych. Wprowadził na nowo tradycyjne techniki barwienia kilimów, od czego przecież był specjalistą. Jak sam pisał, był „na bieżąco” z twórczością ludową na Huculszczyźnie. W tym zakresie współpracował z TPH i Towarzystwem Popierania Przemysłu Ludowego w Warszawie. Jak wynika ze wspomnień p. Zbigniewa Okołowicza, pod koniec lat trzydziestych często w Riczce przebywał Ukrainiec „Ilko”, niedoszły ksiądz, który pomagał ojcu gromadzić zbiory sztuki huculskiej. Były one udostępniane w małym prywatnym muzeum, mieszczącym się w wynajmowanym pokoju w Kosowie. Częstym gościem, a w zasadzie domownikiem Okołowicza był absolwent ASP, malarz Teofil Luzar, który został później kierownikiem tego muzeum (zmobilizowany w 1939 r. jako oficer 49 pułku piechoty, został zamordowany przez Sowietów w Charkowie). Wątek ten nie jest jeszcze przeze mnie dostatecznie zbadany.

Bywalcem Riczki był także student, a potem absolwent ASP Józef Mularczyk, znany później zakopiański artysta montanista. Nie zdążyłem już porozmawiać z Panem Józefem… Zmarł 29 V 2009 r. w Bochni.

Norbert Okołowicz podjął się zgromadzenia kolekcji sztuki huculskiej dla budowanego od podstaw monumentalnego muzeum huculskiego w Żabiu i z powodzeniem wywiązał się z tego zadania (podkreślano szczególnie wartość zbiorów haftów oraz pisanek). Janina Orynżyna w wydanej w 1937 r. oficjalnej monografii obejmującej całokształt zagadnień przemysłu ludowego w Polsce pisze, że bogate zbiory Muzeum Huculskiego zgromadzone przez Norberta Okołowicza wykazują nieskończoną rozmaitość haftów. Jego najwyższa kompetencja w zakresie sztuki huculskiej była bezdyskusyjna. Wynika to na przykład z korespondencji ze wspomnianym Tadeuszem Sewerynem, który w imieniu Muzeum Etnograficznego zaproponował mu napisanie broszury o ubiorze Hucułów. Stanisław Vincenz ogłaszając swój jedyny etnograficzny artykuł w tygodniku „Ziemia”, powołuje się właśnie na eksponaty zgromadzone przez Okołowicza. Komplementuje go także Ferdynand Ossendowski w posłowiu do swojej Huculszczyzny.