Płaj – artykuły

Nasz Kronprinz Rudolf

Nieoczekiwana i tragiczna śmierć w Mayerlingu następcy tronu arcyksięcia Rudolfa Habsburga w nocy z 29 na 30 stycznia 1889 r. wstrząsnęła całym cesarstwem i na długo zawładnęła umysłami poddanych. Do tego stopnia, że przez następne kilkanaście przynajmniej lat wieściami o „wędrującym Rudolfie” żyli mieszkańcy galicyjskich wsi i miasteczek, zdarzało się nieraz, że był to główny temat rozmów towarzyskich i to nie tylko wśród prostego ludu. Te legendy i opowieści stały się jednym z motywów łączących cały karpacki świat, prawie tak powszechnym jak wołoska terminologia pasterska czy toponimia.
Zapraszamy do wędrówki po galicyjskiej i bukowińskiej części Karpat śladami naszego Kronprinza Rudolfa i do lektury artykułów Leszka Rymarowicza z Płaju 51 (do pobrania w pdf).

Na rzymskim płaju w Karpatach

Kontynuując udostępnianie tekstów zamieszczonych w wydanych wcześniej tomach Almanachu karpackiego Płaj, chcemy przypomnieć artykuł z tumu 54, który wprawdzie biorąc za punkt wyjścia Huculszczyznę, sięga jednak czasów o wiele starszych i tematu jak do tej pory na naszych łamach nieporuszanego, mianowicie Rzymian i rzymskich wpływów w Karpatach. Rzecz jest o Porolissum, rzymskim mieście z II i III w. n.e. położonym w górach Meseş, którego pozostałości są zabytkiem fascynującym pod każdym względem i wartym tego, żeby choć trochę o nim poczytać, nawet z nudów. Do pobrania w pdf.

Tajemnica obelisku pod Sokólską Skałą

Skała Sokólski albo Sokólska zwieszająca swoje zerwy nad nurtem Czeremoszu, między Rożnem Wielkim, a Tudiowem, kilka kilometrów przed Kutami, jest niezwykle malownicza i jeszcze dziś robi duże wrażenie, a kiedyś była prawdziwym postrachem prowadzących daraby kermanyczów. W listopadzie 1990 roku odsłonięto na niej pomnik Tarasa Szewczenki autorstwa lwowskich rzeźbiarzy Wasyla i Wołodymyra Odrechiwśkich. Ma on nawiązywać do istniejącego to ponoć dawniej pierwszego narodowego pomnika Szewczenki na Ukrainie, a nawet  w ogóle na świecie. Autorzy artykułu z Płaju 47 podążając tropem dziejów tajemniczego obelisku pod Sokólską Skałą nad Czeremoszem odkrywają prawdziwe jego pierwotne przeznaczenie oraz wtórny, choć autentyczny i coraz mocniej obrastający legendą związek z Tarasem Szewczenką. Artykuł do pobrania w pdf.

Jako cholerę wygnali ze Zakopanego

Dla tych, którzy skazani są na przymusowe siedzenie w domach i nie bardzo wiedzą co zrobić z czasem, postanowiliśmy zamieścić na karpackich kilka artykułów publikowanych wcześniej na łamach naszego Almanachu. Na początek mały, a ucieszny drobiazg, jak najbardziej na czasie, z ostatniego, 57 tomu.

Gadka góralska

Pytacie sie panie, jako to beło z onom cholerom, co tu do, nas zwlekła sie ze Śpisa, bedzie temu cosi ze trzydzieści roków abo i wiency? Dyć to mi opowiedał stary Wala, bo beł przi tem, jak jom pon Ałubiński*) hań prasneli dołu z Leliowego do Wierchcichy doliny na liptoską stronę.
Ano beło to tak. Drzewiej, kie jesce tyło państwa nie jeździło do Zakopanego, przijechoł jak raz Iate pon Ałubiński z Warsiawy i siedział u ksiendza Stolarczyka kole nowotarskij drogi. A że to beł fajny cłek i do gór barz ciekaw, zaraz se dobrał Szymka Tatara, Wojtka Roja a i Sabałę i Maćka Sieczke i Wojtka Ślimaka i Jendrka Wale starego. Furt z nimi na wirchy chodzował…
Rozpalili se bywało watrę ka przi stawku, abo w kosówce na przełonczce… warzyli herbe i ukwalowali raze o różnych różnościach, a Sabała grał na gęślikach to na zbójeckom nute, to na orawskom, to na chochołoskom, bo pon Ałubiński straśnie się w tyk nasyk góralskik nutach zalubieli… a pote dali knajali w turnie i na wirch. I tak se chodzili, jak ino piknie beło, a kie sie zagajdało, to wracali dobrze piknie do wsi i siedzieli se wraz na ganecku, abo pon Ałubiński grali se z ksiendze w karty, pokiel sie nie rozgajdało, że ino znowu w góry hybać warciućko.
Akuratnie wte przywlekły zidy cholere z Wengier… a to, jak gwarzyli starzy ludzie, beło se takie stare wrodne babsko, ale ji nik nie widzioł, bo ino po ćmie łaziła i do chałup zazirała. A kie ino duchneła do wnuka do świetlice, to ci zaraz cłeka chyciła taka chorość, co go do cna wyonacyło na jednom i na drugom stronę, a poniektury to i całkie sie na tamten świat wykopyrtnon.
Zaraz słychno w Groniu umarła stara Wójciaczka… w Poroninie cosi ze trzi baby, a i tu w Zakopane zmarło sie staremu Krzysiowi z pod Gubałówki i Jaśkowi od Walczaka, choć młody parobek beł… i Rojowej Zoście na Zyczańskim… a i dziecisków to kielo telo wygineno. U samych Jarząbków dwoje takich, co już owce pasały.
Pon Ałubiński, jako że uczony doktor beł, a i pon śwarny a ludzki cłek, chodzieł po chałupach, kie ino kogo chyciło i sam liki dawał i smarował, a poniekturego to wej całkie do życia wykrzysił. Ino mu sie kotwiło, że tyj cholery na oczy swoje ni móg wypatrzyć. Czytaj dalej

Pałahna – niania Stanisława Vincenza

Na okoliczność nadchodzących szybkimi krokami krakowskich uroczystości upamiętniających 130. rocznicę urodzin Stanisława Vincenza i towarzyszących im ważnych wydarzeń w postaci Sesji Krajoznawczej poświęconej autorowi tetralogii Na wysokiej połoninie oraz Międzynarodowej Konferencji pt. „Vincenz. Dialog – Karpaty – Europa Środkowa”, o których pisaliśmy już w poprzednich postach, przypominamy dziś artykuł o Połahnie Słypeńczuk-Rybeńczuk opublikowany w 52 tomie Płaju. Opowiada on o huculskiej niani Stanisława Vincenza, której wkładu w postrzeganie Huculszczyzny przez autora „Wysokiej połoniny” wprost nie sposób przecenić.  To ona w krzyworównieńskim dworze wprowadzała małego Siunę w świat huculskich mitów i huculskiej gwary, co po latach zaowocowało jedynym w swoim rodzaju dziełem. To dzięki niej Stanisław Vincenz zakochał się w Huculszczyźnie i potrafił ją zrozumieć jak nikt przed nim, ani nikt po nim.
Płaj 52, str. 47, Leszek Rymarowicz, Iwan Zełenczuk, Jarosław Zełenczuk, Pałahna. Stanisława Vincenza przewodniczka po huculskiej duszy (plik pdf).

Gen. Tadeusz Kasprzycki do Stanisława Vincenza

Pamiętając o przypadającej w tym roku 130. rocznicy urodzin Stanisława Vincenza pragniemy przypomnieć jego korespondencję z gen. Tadeuszem Kasprzyckim
(twórcą i prezesem Towarzystwa Przyjaciół Huculszczyzny)  odnalezioną w archiwach Ossolineum przez Andrzeja Ruszczaka i zamieszczoną w Płaju 40 (wiosna 2010).
Warto te listy raz jeszcze przeczytać, bo dziś zyskały zaskakującą aktualność, a wiele z zawartych w nich przemyśleń stało się niestety dramatycznie współczesne.

Gen. Tadeusz Kasprzycki do Stanisława Vincenza
sygn. 17627/II,

Montreal, 12 grudnia 1968.

Wielce Szanowny i Łaskawy Panie,
Proszę mi wybaczyć, że niepokoję Go zapytaniami w sprawie, ku której kieruje mię sentyment, a w swoim czasie skłoniła do pewnych wysiłków i dokonań. Huculszczyzna.
Od dawna jest Pan jej duchowym patronem. W wypowiedziach pióra mistrza ukazał nam Pan głębokie wartości tego ludu i jego kultury.
Niezmiernie żałuję, że w Polsce Wolnej nie udało się nam zrealizować wspólnej współpracy w zakresie Huculszczyzny.
Zawsze byłem przekonany, że dobro Polski i Ukrainy, byt i przyszłość, zależy od właściwej, pomyślnej w działaniu wspólnej pracy obu narodów. Jak w czasach odległych i w epoce Piłsudskiego przeszkodziła temu w znacznej mierze ingerencja wrogiego Polsce i Ukrainie obcego interesu. Czytaj dalej

250. rocznica zawiązania Konfederacji Barskiej

Dokładnie 250 lat temu 29 lutego 1768 roku w Barze na Podolu zawiązana została konfederacja generalna szlachty Rzeczypospolitej w obronie wiary i wolności narodu przeciw – jak napisano w akcie jej założenia – „jarzmu niewolniczemu syzmatyków”. Czy było to pierwsze polskie powstanie, czy też spóźniona o dwa wieki wojna religijna, czy może – jak pisał Stanisław Cat-Mackiewicz upiorzyca, która wyssały z Polski życie państwowe, tego tu nie rozstrzygniemy. Najpewniej – jak często w naszej historii – była wszystkim tym po trosze, piękna i wzniosła w intencjach stających do walki, pokrętna i zaślepiona politycznie, fatalna i opłakana w skutkach. Jednak z karpackiego punktu widzenia ta trwająca blisko pięć lat wojna, była przede wszystkim ważnym wydarzeniem, którego wiele istotnych epizodów działo się w Beskidach i którego ślady w karpackim krajobrazie, tak fizycznym jak i kulturowym odnajdujemy do dziś. Splątane echa tamtych dni dziś jeszcze wzbudzają emocje i mimo, że na mogiłach żołnierzy Pułaskiego na górze Jawor nad Wysową stoi dziś cerkiewka będąca łemkowskim sanktuarium, Łemkowie nie zgadzają się na pomnik Pana Kazimierza w Wysowej, choć wiadomo, że w jego piechocie służyło wielu Rusinów z beskidzkich wsi.
Na łamach Almanach Karpackiego „Płaj” tematy konfederackie poruszaliśmy wielokrotnie, dziś na okoliczność rocznicy przypominamy (w formacie pdf) artykuł Macieja Śliwy z Płaju 51 pt. Obóz konfederatów barskich pod Wysową.

Wędrówki z polskich Karpat Wschodnich na Węgry

O Stanisławie Vincenzie pisaliśmy na łamach Almanachu Karpackiego „Płaj” wielokrotnie, wielokrotnie też publikowaliśmy jego oryginalne teksty (część z nich udostępniona jest na naszym portalu). A ponieważ w 2018 roku przypada 130 rocznica jego urodzin, mamy nadzieję, że będzie on u nas wyjątkowo częstym gościem. Na dobry początek proponujemy jego oryginalny tekst zamieszczony w Płaju 43.
Przy okazji informujemy, że wystawa pt. „Dialog o losie i duszy. Stanisław Vincenz (1888–1971)” wg scenariusza Jana Choroszego, której wędrówkę po Polsce  relacjonujemy od dawna, obecnie prezentowana jest w Centrum Dialogu Przełomy w Szczecinie i w Ośrodku Kultury w Brzegu Dolnym, a w planie tegorocznej peregrynacji przewidziane jest 17 kolejnych miejscowości.
Dochodzą do nas też informacje o planowanych – tak w Polsce jak i na Ukrainie – przedsięwzięciach związanych z jubileuszem pisarza. Postaramy się o nich informować na naszym portalu.


Stanisław Vincenz

Wędrówki z polskich Karpat Wschodnich na Węgry – w pamięci ludu i w kronikach1
(Płaj 43)

Południowo-wschodni cypel Karpat polskich był przez wieki oddzielony od świata potężnym izolatorem olbrzymich lasów. Stąd tłumaczy się zapewne niezwykła odrębność kulturalna zamieszkującego je ludu pasterskiego i myśliwskiego zwanego Hucułami. Większość Hucułów mieszka w Polsce, mniejsze ich odłamy na Węgrzech i Bukowinie. Od Węgier dzielił Hucułów polskich dział wód (Cisa – Prut, Czeremosz), którego dużą część stanowi pasmo górskie zwane Czarnohorą wysokie na 2000 m. Przez połowę roku co najmniej pasmo czarnohorskie jest niedostępne a to dzięki nader obfitym opadom śnieżnym, które po stronie polskiej, zwłaszcza w regionach kotłów polodowcowych, tworzą potężne zaspy i lawiny. Czytaj dalej

Wschodniokarpackie wiersze Wojciecha Leopolity (Płaj 48)

Zamieszczamy w tym tomie „Płaju” kilkanaście wschodniokarpackich wierszy Wojciecha Leopolity pochodzących ze zbioru zatytułowanego Żar gasnącej watry, którego pierwszy tom ukazał się w 1986 r. w Londynie nakładem Związku Ziem Kresowych RP i redakcji „Kwartalnika Kresowego”, drugi zaś rok później w Polsce wydany przez przyjaciół autora w bibliofilskim nakładzie 40 egzemplarzy. Pewnie te ujęte w poetycka formę wspomnienia nie są poezją najwyższej próby – trudno tego wymagać, wyszły wszak spod pióra poety amatora – jednak zawarty w nich autentyzm przeżyć górskich wędrówek oraz ogromny ładunek nostalgii i prawdziwej miłości do Karpat Wschodnich nadają im zupełnie wyjątkowy wymiar i charakter. Wędrujemy z autorem do konkretnych miejsc, widzimy jego oczyma przedstawione z malarską czy wręcz fotograficzną precyzją obrazy górskiej przyrody i dnia codziennego żyjących tam ludzi. Wiele w tych wspomnieniach barw, dźwięków i zapachów, aż trudno uwierzyć, że autor pisał je po liczącej pół wieku rozłące z krajobrazami Czarnohory i Gorganów. Jednak najbardziej uderza w tych wierszach dojmująca tęsknota i żal za minionym bezpowrotnie światem, który autor darzył żarliwym uczuciem. I choćby dla tego zawartego w nich żaru wiersze te warte są przypomnienia. Czytaj dalej

Po sezonie (Płaj 50)

Hierotej Pihulak (Єротей Пігуляк) 1851 – 1924

Poniższy tekst jest jednym z rozdziałów książki Hieroteja Pihulaka „Werchowyński Zhadky. II. Nad ozerom” (Czerniwci 1909. ss. 190–204). Autorowi poświęcamy w 50 tomie „Płaju” obszerny artykuł.

pihulakWszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Wszędzie ładnie i pięknie, a na mojej Werchowinie, wysoko nad Czeremoszem, i tak najpiękniej. Jak dziecko nawet przy najulubieńszych zabawkach jedną ma tylko myśl: Do mamy, do mamy!– tak i mnie wypełnia całego Werchowina: Na Czarnohorę! Nad jezioro!

Piękne są Alpy z wielkimi, prosto w niebo strzelającymi skalistymi szczytami, piękne są krasowe krajobrazy o fantastycznych formach, ale wszystko to jakieś gołe, za ostre, a kras dyszy po prostu pustką…Co prawda klimat wynagradza te niedostatki, ale nadaremnie wypatrywałem tam rozległych przestrzeni zielonych połonin z pysznymi, bujnymi lasami smrekowymi naszych Karpat. Tam wybujała gigantyczność przyrody aż do przestrachu, tu spokojna, miła dostojność; tam młoda bujność, tu spokojne umiarkowanie; tam ostre, szorstkie skały, tu zaokrąglone, umajone miękką zielenią kopuły. I nie dziwota, bo Alpy są geologicznie młodszym tworem, a Karpaty starsze, rozmyte, wyrównane, wygładzone, dominuje w nich stateczność i powaga dojrzałego wieku. Patrzę z mojego ganeczka na ciche, lśniące lustro jeziora, na ten spokój, który rozścielił się nad wysokimi połoninami, oświetlonymi łagodnym światłem porannego, jesiennego słońca – i w moją duszę wlewa się spokój, harmonia i równowaga tego miłego obrazu.

Czytaj dalej