O znakowaniu karpackich szlaków (Płaj 50)

W_MidowiczWładysław Midowicz

Porządkując ostatnio płajowe archiwum trafiłem na zakurzoną teczkę wypełnioną kilkudziesięcioma mocno pożółkłymi kartkami zapełnionymi maszynopisem. Pierwsza z nich zawierała poniższy list:

Wieliczka, dnia 24 kwietnia 1992 r.

Drogi Panie Andrzeju,
Przeglądając niedawno jedną z mych teczek p.t. „Artykuły nieopublikowane” począłem się zastanawiać, czy (oczywiście w braku innych) nie użyć niektórych do zatkania jakiejś dziury, w którymś z przyszłych zeszytów „Płaju”. – Czy w ogóle nie poświęcić któregoś zeszytu karpackim szlakom znakowanym?
Może to i lepiej by znalazło się to na najwyższej półce u Pana, aniżeli wśród makulatury prędzej czy później rozproszonej po mym odejściu z tego padołu łez. – Bowiem czuje się coraz gorzej – astma serca (angina pectoris) wzmaga się i tylko niektóre specyfiki utrzymują mnie na powierzchni. Właśnie kończę 85 lat. (…)
Serdecznie pozdrawiam i łapinę ściskamautograf_w

(Wł. Midowicz)

Nie cały rok po napisaniu tego listu Pan Władysław rzeczywiście opuścił ten najciekawszy ze światów, który przewrotnie zwał „padołem łez”. Z wielkim smutkiem pożegnaliśmy go 11 lutego 1993 r. na wielickim cmentarzu, a pomysł poświęcenia któregoś z Płajów tematyce karpackich szlaków straciwszy swojego adwokata, został odłożony ad acta. Teczka zaś powędrowała do archiwum i przeleżała tam prawie ćwierć wieku. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Jest bowiem doskonała okazja, żeby te teksy Pana Władysława ujrzały światło dzienne w jubileuszowym 50, tomie Płaju. Myślę, że na pewno ucieszyłby się z tego faktu, wszak jako członek Towarzystwa Karpackiego wspierał Płaj od samego początku. Warto tu przypomnieć, że 2 tom Płaju prawie w całości Jemu był poświęcony i wypełniony jego tekstami.

Władysław Midowicz opublikował wiele krótkich tekstów zawierających wspomnienia turystyczne, w tym także o znakowaniu szlaków, wydaje się jednak, że te ukryte w zakurzonej teczce rzeczywiście nigdy dotąd nie były publikowane. Na pewno warto je przeczytać, chociaż dziś, gdy dostajemy oczopląsu od nadmiaru znakowanych szlaków w polskich Karpatach i gdy marzy się nam choć skrawek gór pozbawiony wszechobecnych znaczków, tamta heroiczna walka o wyznakowanie kolejnych fragmentów Beskidów może wydawać się nie do końca zrozumiała.

Andrzej Wielocha

Mój pierwszy szlak

Dzień 1 czerwca 1925 roku był słoneczny i ciepły. Krótki pociąg z Żywca dowiózł mnie szumiąc wyrzucaną parą na przełęczową stacyjkę w Hucisku, gdzie usiadłem na kolejowej ławce, przelewając z puszek czerwoną i białą farbę do wymyślonych przeze ranie dwojaczków z nakrywkami. Gęstość produktu wydawała się zadowalająca, choć okrągłe pędzle może zbyt miękkie. Wyprowadziwszy szlak przez las na rozległą Przełęcz Koszarawską w grzbiecie Pasma Jałowieckiego, przysiadłem na chwilę, bo plecak pełen zapasowej żywności i bielizny, a także puszek z farbami poczynał trochę ciężyć przy częstym podnoszeniu ręki dla wykonania wysokich znaków.

To była bowiem zasada 18-letniego znakarza: gdzie tylko można znakować wysoko! To dojście na Babią Górę, mówiłem sobie, ma służyć także narciarzom jako najbliższe. Bo z innych stron przy nieistniejących autobusach i za ubogich kieszeniach na opłatę wózków góralskich z Jeleśni do Przyborowa, studenci woleli nie podchodzić. Z niechęcią wspominałem taki pierwszy powrót z upartym wujem przed kilku laty z Wideł szosą do samego Makowa.

W_Midowicz_1W prawej ręce niosłem krótką siekierkę, która miała mi służyć do oczyszczania miejsc pod znaki przez blisko pół wieku, by ostatecznie zawisnąć na ścianie Oddziału Babiogórskiego PTTK. Krótkie szorty nad kolana, flanelowa koszula, trochę zużyta wiatrówka i norweskie skarpety, a na nich już od samego rana moja największa duma — nowiutkie buty wysokogórskie, okute jak się patrzy i kosztujące dobrych kilkadziesiąt złotych. Zastąpiły mi stare rozlatujące się obuwie, które szewc w Dziedzicach naprawiał i podkuwał cierpliwie od kilku lat.

Już od pierwszych znaków, zwłaszcza na gładkokorych drzewach uczyłem się unikać zacieków kolorowego paska na biały. Bo szlak ten jako tylko ścieżka dojściowa, a więc boczna do jeszcze nie istniejącego Głównego Szlaku Beskidzkiego (biało-czerwono-białego) odznaczał się tylko dwoma paskami. I tu budziła się pierwsza wątpliwość młodziutkiego studenta: czy w przyszłości turyści zauważą istotną różnicę pomiędzy znakiem czerwono-białym a biało-czerwono-białym? Ale jak na razie, posłusznie stosowałem się do planu nieznanego mi jeszcze profesora Sosnowskiego, który wręczył mi w Żywcu prezes Oddziału inż. Mieczysław Mączyński, życząc powodzenia.

Po drodze na Suchą Górę zwaną wtedy Czerniawą Suchą, począłem rozglądać się za najkorzystniejszym przebiegiem tego przejścia, bo w czasach gimnazjalnych wędrowaliśmy na Babią z Huciska przez całą wieś Koszarawę i bocznym grzbietem Mędralowej. Choć pociągała urocza Cicha Przełęcz, to jednak wybrałem podejście dobrze rozłożonym płajem dóbr żywieckich, który wijąc się lasami, chronił w czasie upału. Z kolei zachwyciła śródleśna przełęcz Klekociny. Klekotały pod nią strumyczki spływające ku zachodowi w Żywiecczyznę, a z drugiej strony w zakrytą lasami Babiogórszczyznę. Przewijała się przez nią wąska i rzadko używana nędzna droga kołowa z Koszarawy do Zawoi. Panowała tu uroczysta cisza, a widok na Babią Górę przesłaniał stromy i zarosły lasem stok Mędralowej. Sprowadzając z niej ścieżkę przez otwarty wyrąb w Jałowiecką Przełęcz, schowałem dumę znakarską do kieszeni i malowałem przyklękując, na niskich pniakach. To lepsze jak nic, szeptałem do siebie.

W głębi rozpościerał się urzekający widok „Matki niepogód”. Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że stanie się górą mego przeznaczenia. Na rozległej Przełęczy Jałowieckiej dołączały zielone znaki tak dobrze znanego „Beskidenverein” z Bielska, często umieszczone zbyt nisko i w źle widocznych punktach. Nie zwracając na nie większej uwagi („trzeba to będzie zlikwidować”) znakowałem granicą państwa w górę. Przy ogromnym rozpadającym się ułomku Rozstajnej Jodły skręciłem w lewo, przepuszczając znakowania wąziutką ścieżyną leśną na Czarną Halę.

Wiodła przez nią w poziomie słabo widoczna dróżka, na której dość często błądzono mglistymi nocami, a zwłaszcza zimą przy zakładaniu śladu, poszukując wyjścia z przeciwnej strony. Trzeba tu osadzić kilkanaście tyczek narciarskich, zanotowałem w pamięci.

Było to już ostatnie przejście przez obszar góralski. By zapobiec niszczeniu znaków, zabrałem z domu starą bluzę gimnazjalną z 4 srebrnymi „winkiami” na każdym naramienniku, co wydawało się mieć jakiś wpływ („on chyba z policyji abo z wojska”), zwłaszcza w połączeniu z objaśnieniem, że to się znaczy przejście dla manewrów wojskowych i że podatek za użycie prywatnej własności może być obniżony. To trochę zapobiegało niszczeniom.

Za halą i jarem Czarnej Wody szlak wchodził na najpiękniejszy z płajów karpackich dźwigający się z zawojskiej Czatoży, na którym widniały resztki żółtych znaków, którymi profesor Sosnowski odnawiał po pierwszej wojnie zanikła pracę Wawrzyńca Szkolnika z dawnych lat.

W pustym schronisku na Szczawinach powitał mnie Klimek Gancarczyk, którego Oddział uprzedził pisemnie. W sypialni „dla panów” wybrałem siennikowe łóżko pod oknem z grubym kolorowym kocem jeszcze z czasów Zapałowicza. Do starego domu właśnie dobudowywano nową kuchnię i niedużą izbę, dla zarządu Oddziału. Z kątów tego pierwszego schroniska Beskidów Zachodnich jeszcze przemawiała szeptem przeszłość. Ha półce w starej maleńkiej jadalni leżały podniszczone stare księgi pamiątkowe, a obok metalowa pieczątka z napisem „Schronisko Babiogórskie”. Także pokaźnej grubości książka pióra Hugona Zapałowicza za tytułowana Jedna z podróży dookoła świata. Na ścianie wisiał doży portret-fotografia „Ojca turystyki babiogórskiej”, który w niewoli carskiej zmarł przed ośmiu laty nad daleką Syr-Darią. Pono zabiła jego słabe serce radosna wiadomość z przesłanej starej gazety, że nad Wisłą powstały pierwociny rządu polskiego.

– Odzie tu są jakieś tablice drogowskazowe Towarzystwa? – pytałem Klimka.
– Ano śwoby wyniscyły po cichutku wsyćkie. Przybili tu swojom.

Faktycznie na starymn smreku powyżej widniała wypisana gotykiem tabliczka z napisem „Branasattel – do siodła Brany”, co miało oznaczać przełęcz Bronę. Tuż obok sterczało kilka zardzewiałych gwoździ po drogowskazach Towarzystwa Tatrzańskiego.

– Położymy temu koniec Klimku za kilka dni, jak tylko wymaluję nasze własne tabliczki.
– Pan Stonaski od nich mówili niedawno, że przyślą nam z Bielska więcy koców…
– Przyjdą tu nasze własne lada tydzień. I więcej pościeli.
– Oj to to! Ty nose prześcieradła zdarte na opłatek. A na tyk pyrciak to błondzom w dyjscu!
– Już nie będą błądzić. Bierzemy się za te góry! Właśnie doprowadziłem szlak z Huciska. Będę tu pracować przez cały czerwiec.

Jak Zaruski znakował szlaki tatrzańskie

Pan Mariusz osiadł w Zakopanem, gdy zbliżał się do końca życia pierwszy znakarz Tatr Polskich Walery Eliasz i poczynał dogorywać na gruźlicę bardzo energiczny i zacięty znakarz lat pięćdziesiątych dr Michał Kirkor. W tym czasie włączył się w tę pracę przewodniczący Komisji dla Robót w Górach prof. Władysław Kulczyński z uniwersytetu krakowskiego, który w późniejszych latach niejednokrotnie przeszkodził Zaruskiemu w znakowaniu niektórych wejść szczytowych zupełnym bezdrożem skalnym. Była to bowiem jedna z pomniejszych namiętności pana Mariusza uprawiana wspólnie z Mieczysławem Karłowiczem. Tu warto przypomnieć, ze ten ostatni jeszcze jako szesnastolatek wyznakował zielonym kolorem, bez pytania kogokolwiek o zgodę, wejście stromym piarżysto-trawiastym bezdrożem ponad zerwiska Kominów Tylkowych i na ich szczyt, co mu ktoś ogłosił później w Kuryerze Zakopiańskim. Było to w roku 1892, ale Towarzystwo Tatrzańskie kompletnie zignorowało ten wyczyn nastolatka, a wykonane nędzna farba znaki szybko zanikły.

W okresie 1907-1913 Zaruski znakował osobiście bądź też odnawiał niejedna ścieżkę w reglach zakopiańskich. Dziś nie jest łatwo oddzielić jego prace znakarskie od dokonanych przez prof. Kulczyńskiego i innych. Z informacji udzielonych mi w roku 1929 przez Józefa Oppenheima wynika, że pan Mariusz znakował w roku 1911 zejście z Koziej Przełęczy przez Pustą Dolinkę do zawratowego szlaku w Dolinie Pięciu Stawów. Było to zejście przetrasowane przez księdza Gadowskiego wraz z Jakubem Wawrytką w roku 1906 tylko w najgórniejszej partii, gdzie umieszczono jedną drabinkę. Zaruski znakował to przejście jakąś nędzną czerwienią, bo przechodząc Pustą Dolinkę w roku 1924 odnalazłem ledwo widoczne resztki dwu znaków wśród spiętrzonych want skalnych.

M_ZaruskiW skrajnej młodości omijałem ścieżki reglowe z zarozumiałością początkującego wspinacza. Ale po kilkudziesięciu latach w roku 1969 przeprowadzając kosmetykę tych szlaków reglowych (jak i skalnych szlaków Tatr Polskich), odnalazłem z niejakim wzruszeniem chyba jedyny ocalały znak Zaruskiego, a to u wejścia Doliny do Białego. Były to bardzo już przybladłe dwa równo wymalowane paski koloru czerwonego i zielonego. Bowiem pan Mariusz surowo przestrzegał zasady tzw. rozkładu kolorów, co przy ówczesnym zagęszczeniu ścieżyn reglowych zmusiło go do wprowadzania dwukolorowych znaków jak czerwono-niebieskie, zielono-żółte itp., ciągle jeszcze bez podkładu białego.

Ten około sześćdziesięcioletni znak obrastający jodłowymi gałązkami pozostawiłem niezatarty mą małowidoczną mieszanką. Może tam jeszcze jest?

W roku 1908 pan Mariusz wytyczył czerwonym kolorem krótkie przejście z Przełęczy pod Chłopkiem, wiodące skalnym bezdrożem po południowym stoku na Mięguszowiecki Szczyt nad Czarnym. Nieco wcześniej Karłowicz wytyczył niebieskim kolorem wejście wiodące na ten szczyt z „galeryjki”, również całkowitym bezdrożem. Z tego ostatniego odnalazłem w 1970 roku tylko jeden prostokąt zupełnie wypłowiałem farby, choć znakowania Zaruskiego zanikły w całości. Za to z innego wyczynu pana Mariusza, dokonanego zadaje się, że z Jakubem Wawrytką, w zupełnej tajemnicy („żeby się Kulczyński nie dowiedział”), pozostała na wschodniej ścianie Wielkiego Kościelca jedna ordzewiała klamra i ślady po kilku znakach, chyba także czerwonych.

Do Kościelca Zaruski wydawał się mieć szczególną predylekcję, bo w roku 1921, już po nominacji na pułkownika, przybył na kilkanaście dni do Zakopanego i dość nierównymi paskami ciemnej syntetycznej czerwieni wyznakował szlak z Karbu na Wielki Kościelec wywodzący przez „płytę” samym grzbietem, trochę na wschód od obecnej ceprostrady. Podobno Komisja dla Robót w Górach nie była zadowolona, ale jakoś rozeszło się to po kościach.

Jeszcze w roku 1911 Zaruski postanowił wyznakować najkrótsze przejście z rejonu Hali Gąsienicowej do Pięcistawów. W tym celu odświeżył dawne czerwone znakowania ks. Gadowskiego z Pańszczycy na Przełęcz Nowickiego w Orlej Perci i sprowadził je do Dolinki Buczynowej po miejscami nieco uciążliwych wantach i piargach. Annały Towarzystwa Tatrzańskiego milczą, czy i co na ten temat powiedział prof. Kulczyński. W każdym razie jeszcze u początku lat pięćdziesiątych istniało tam kilka plam czerwonej farby.

Natomiast gdy w roku 1912 pan Mariusz projektował wyznakowanie farba wejścia na Hińczową Przełęcz – Mnichowym Źlebem (pod Mnichem) i przez obie Galerie Cubryńskie, Kulczyński sprzeciwił się temu bardzo stanowczo i z pozytywnym wynikiem.

W ten sposób doszliśmy do końca znakarskich wyczynów Zaruskiego i można by tylko dodać, że do czasów I wojny światowej zawsze malował on czerwony krzyżyk w miejscu, skąd TOPR zabierał nieżyjące ofiary wypadków, a zaczęło się od zaznaczenia farba miejsca (na dnie wybranej w śniegu jamy) gdzie dokopano się zwłok Karłowicza. Natomiast z kolei sam Karłowicz malował niebieskim kolorem maleńki krzyżyk niespodziany na osiągniętych przez siebie szczytach Tatr Wysokich. [Jeszcze pod koniec okresu międzywojennego resztki krzyżyka czerwonego istniały u spodu Komina Dregee’a – miejsca odnalezienia zwłok Bandrowskiego, a nieźle zachowany niebieski krzyżyk niespodziany znajdował się na jednym z głazów szczytowych Szatana.]

***

W roku 1925 przyglądałem się z grańki Skupniowego Upłazu, jak pan Mariusz w pełnej gali generalskiej prowadzi prezydenta Wojciechowskiego na poświęcenie Murowańca. Przodem szedł żandarm usuwając na bok schodzących z góry turystów, a Zaruski w brunatnych sztylpach szedł obok prezydenta od strony usuwanych ze szlaku turystów, z ożywieniem objaśniając krajobraz milczącemu panu z kozia bródką. Tuz za nimi postępowali starzy przewodnicy z pękami lin oraz ratownicy z bambusami owiniętymi siatką. Wbrew prognozom było jeszcze dość pogodnie i dopiero po poświęceniu przez księdza Humpolę i przecięciu wstęgi przez Wojciechowskiego deszcz zaczął padać na dobre.

Osobiście zetknąłem się z generał Zaruskim tylko raz, a to latem 1929 roku, gdy w Pustej Dolince umacniałem w pobliżu ściany Zamarłej Turni łatę śniegową z badań przeminionej zimy, by mogła służyć i w przyszłości. Zaruski w towarzystwie trzech osób schodził z Koziej Przełęczy i przystanął koło mnie, pytając czy to z badań krakowskich klimatologów, o których czytał kilkakrotnie w prasie.

– Tak panie generale – odparłem. – To jedna z naszych łat zimowych.

Generał przyjrzał mi się dokładniej.

– To jednak pan mnie rozpoznał. Pewno młody taternik?
– Tak. I trochę narciarz. Przesiedzieliśmy tu ostatnią zimę w nieco syberyjskich mrozach. Instrumenty lepiły się do palców, a objazd wszystkich łat popod granie zajmował dobrych kilka godzin.
– Niech mi pan powie – pytał Zaruski – jaka była najniższa temperatura w waszej sypialni?
– Osiem stopni mrozu w klitce tuż przy kuchni. Sypiało się pod pierzyna Wikty Bigosowej, oczywiście pod jej nieobecność, w kominiarce wciągniętej po uszy.
– To bez Wikty, z nią byłoby chyba cieplej — uśmiechnął się pan Mariusz.
— No, czołem młody człowieku!

I ruszył z towarzystwem ku dolinie.

Znaki! Znaki!

Oczywiście na górskich ścieżkach turystycznych głównie w Beskidach Zachodnich. Rozpoczął tę pracę dr Hugo Zapałowicz w 1906 roku znakując czerwonym kolorem przejście górami z Suchej do Zawoi, czyli dojście do Babiej Góry. Był emerytowanym sędzią wojskowym w randze majora i liczył sobie wówczas 56 lat, a po babiej Górze wędrował podczas urlopów już od ćwierci wieku, będąc z prawdziwego umiłowania botanikiem.

Były to pierwsze polskie znakowania w Beskidach Zachodnich. Poczynając od Krowiarek i przełomu Soły wszędzie ku wschodowi wznosiły się leśno-halne góry, których perci owczych i płajów gospodarczych nikt jeszcze nie tknął farbą, aż po daleką Czarnohorę i Gorgany, gdzie gospodarzyły oddziały Towarzystwa Tatrzańskiego z Kołomyi i Stanisławowa. [Nie jest to do końca prawda, bo choć znaków malowanych rzeczywiście nie było, to jednak już w 1884 r. Leopold Wajgel w ramach działalności Oddziału Czarnohorskiego PTT ustawił w Czarnohorze 56 drogowskazów z tablicami „dla pewności turystów”, przp. red.]

W Beskidzie Wysokim w grupach Babiej i Pilska, a także w Beskidzie Śląskim i Małym, na grzbietach ponad Cieszynem, Bielskiem i Białą szarogęsił się niemiecki „Beskidenverein”, znakując dość licho dojściowe szlaki do swoich schronisk, w tym i babiogórskiego.

Zapałowicz przybywszy na pierwsze lata emerytury do Zawoi, doprowadził po roku do wzniesienia małego drewnianego schroniska na północnym stoku Babiej Góry i polecił swemu przewodnikowi Wawrzyńcowi Szkolnikowi z Czatoży przeznakować trzy ścieżki wyznaczone przez Niemców przed kilkunastu laty. Dość nieliczne na nich znaki były już w stanie zaniku.

I wtedy rozpoczął się pierwszy akt późniejszej „wojny na pędzle”, bo Niemcy poniszczyli już po roku polskie znakowania z Zawoi oraz na zachodnim grzbiecie Babiej Góry, o co Zapałowicz wytoczył im proces karny przed sądem w Makowie, a syn Szkolnika, Franciszek odnowił poniszczone znaki.

Dlatego uznaje się Zapałowicza za ojca turystyki babiogórskiej i zarazem za pierwszego znakarza Beskidów Zachodnich.

Kolejny szlak w Beskidach, także czerwony, wyznakował z Rytra przez Przehybę do Szczawnicy w roku 1907 autor pierwszego polskiego przewodnika po Beskidach Zachodnich i Pieninach prof. Kazimierz Soanowski. W wieku 32 lat był młodym polonistą w jednym z gimnazjów w Nowym Sączu. – W 20 lat później opowiadał mi o tym spacerując po Plantach krakowskich. Bardzo upaprał się farbą w pierwszych godzinach pracy i by jakoś poprawić wygląd pozalewanych znaków po kilku tygodniach domalował do każdego po jednym białym pasku, oczywiście od dołu.

W tym czasie począł znakować ścieżki w Pieninach młody sędzia z Krościenka dr Zygmunt Tałasiewicz, a w Beskidach Nadopopradzkich inni działacze z Oddziału „Beskid” Towarzystwa Tatrzańskiego w Nowym Sączu, kontynuowali prace znakarskie w coraz szerszym zakresie.

Pierwsza wojna światowa przerwała wszystko i jeszcze w roku 1925, gdy zaraz po zdaniu matury w Białej Krakowskiej wyruszyłem na Babią Górę by odnowić tam prawie zanikłe znakowania oraz wytyczyć szlaki wiodące ku wschodowi, Podtatrzu, a także pod Pilsko, zliczyłem w całej Babiogórszczyźnie zaledwie 27 znaków różnego koloru i jeszcze jako tako widocznych. Wszystkie dawne polskie tabliczki drogowskazowe zostały zniszczone już przed laty przez „Beskidenverein”.

Całomiesięczną pracą przyczyniłem sie wówczas do poderwania do robót w górach oddziałów Towarzystwa Tatrzańskiego w Cieszynie i Katowicach, a szczególnie do przejmowania większości szlaków niemieckich. Bowiem były to czasy, gdy kompletnie nie liczyłem się z wymuszonymi na Rzeczypospolitej zobowiązaniami ochrony mniejszości niemieckiej – 18-letni student wychowany na patriotę tak przez ojca, jak i przez kresowe gimnazjum bialskie Towarzystwa Szkoły Ludowej. Natomiast nie całkiem chętnie i bardzo ostrożnie podchodzili do tego problemu starsi działacze górscy wychowani niegdyś pod auspicjami cesarsko-królewskimi. Zdecydowanym wyjątkiem wśród starszych był profesor Sosnowski, który od razu przygarnął na swego współpracownika „tego narwanego studenta z Babiej Góry”, bo takie miano zyskałem w turystycznych sferach krakowskich.

Poza Babią, gdzie brylowała Perć Akademików wytyczona przez skałki i źleby północnego stoku, zająłem się z kolei grupą potężnego Pilska, przez którą przeciągnąłem Główny Szlak Beskidzki, usuwając z tego odcinka „Beskidenverein” i zastępując jego wypisane po niemiecku drogowskazy tabliczkami PTT. By nie było niedomówień odesłałem te zdjęte drogowskazy pocztą wraz z krótka notatką o przejęciu gospodarki w tej grupie górskiej przez Towarzystwo Tatrzańskie.

Tu może należy zaznaczyć, że już uprzednio przez miesiąc prac znakarskich na Babiej Górze zastąpiłem polskimi wszystkie drogowskazy niemieckie, z których szczątków ułożony pod Broną stosik podpalił osobiście przybyły prof. Sosnowski, uścisnąwszy mnie przed tym ze słowami „nareszcie się doczekałem!”.

Usunięciem pozostałych znakowań niemieckich z grupy Pilska zajął się w rok później mój zaprzyjaźniony kolega z gimnazjum Józef Merta dobrawszy sobie za pomocników ze swej dawnej klasy Kazimierza Kotlarczyka i Jerzego Wańczyckiego. Tak więc dawni członkowie i założyciele Turystycznej Sekcji Gimnazjalnego Towarzystwa Sportowego w Białej zabrali się bez dłuższych namysłów do odniemczenia Beskidu Wysokiego. „Beskidenverein” siedział cicho, inspirując tylko w szczekaczkach bielskich i katowickich artykuliki o „ograniczaniu swobód obywatelskich”.

Z kolei jąłem się samotnych prac znakarskich we wschodniej partii Beskidu Małego zwanej Zasolskimi Górami. Podobnie jak Beskid Wysoki należały one gospodarczo do Oddziału Babiogórskiego PTT w Żywcu, założonego przed wielu laty przez Zapałowicza jeszcze w Makowie. – Przeciągnąłem czerwone znakowanie głównym grzbietem z przełomu Soły, przez Kocierz, Łamaną Skalę i Leskowiec, aż po dworek Zegałowicza w Gorzeniu Górnym, który chętnie przyjął w gościnę „jeszcze jednego powsinogę beskidzkiego”, takiego co rozwiesza kolorowe znaki po górskich drzewach i głazach.

Szlak ten nazwałem Północnym, bo ku północy widać było z niego pogórze małopolskie, na którym połyskiwały liczne stawy rybne. A poczynając od późniejszego Gronia Jana Pawła II, na którym po kilku latach stanęło schronisko, wyznaczyłem szlak niebieski przez Ślemień do Huciska, łącząc w ten sposób Wadowice z Babią Góra jednym kolorem.

Wielką troską w drugiej połowie lat dwudziestych było wykończenie Głównego Szlaku Beskidzkiego wiodącego z śląskiego Ustronia, przez Baranią Górę, Pilsko, Babią Górę, Gorce i Przehybę, aż na Jaworzynę nad Krynicą. Kolejnym bardzo zasłużonym i samotnym znakarzem okazał się tu dr Emil Carewicz, profesor gimnazjalny z Tarnowa, który mimo nękającej go gruźlicy, wyznakował górskimi bezdrożami ogromny odcinek tego szlaku od górzeckiej Hali Długiej, przez Lubań, przełom Dunajca i Przehybę, aż do Rytra. Wyznakował on również gronikami Spiskiego Zamagurza połączenie Pienin z Podtatrzem, gdzie obaj beskidzcy znakarze jak gdyby podali sobie ręce, bo mój żółty szlak łącznikowy wiódł z babiogórskich Krowiarek, przez Orawę i Podczerowne na wznoszące się nad Zakopanem Pasemko Gubałowskie.

W tychże latach nadszedł czas by udostępnić dla popularnej turystyki grupę Wielkiej Raczy, której jeszcze w czasach zaboru austriackiego żywieccy Habsburgowie nie pozwalali włączać do ruchu turystycznego, rezerwując jej wspaniałe lasy dla celów myśliwskich. Dlatego połączyłem wpierw Wielką Raczę z Beskidem Śląskim ciągnąc niebieskim kolorem projektowany niegdyś przez Sosnowskiego tak zwany Raczański Wariant Szlaku Głównego, z Baraniej Góry, przez Zwardoń i Kikulę, a z kolei Józef Merta ze swoim zespołem pomocniczym pociągnął go dalej, aż na Pilsko, dokonując przez szereg dni chyba najbardziej uciążliwej pracy znakarskiej w Beskidach Zachodnich, bo wymagającej noclegów przy ogniskach i schodzenia do odległych przysiołków po zapasy chleba. Po odpoczynku doprowadzili oni jeszcze poboczne szlaki z Soli i z Rajczy.W_Midowicz_2

Liczba społecznych znakarzy w Beskidach wzrastała dość powoli, a zwodowi i płatni w ogóle nie istnieli. Nie było jakichkolwiek kursów, a tylko bezpłatne noclegi w schroniskach bazowych i minimalne zasiłki dla studentów by mogli uzupełniać drogie i dość szybko zużywające się obuwie górskie oraz wiatrówki. Na przełomie lat trzydziestych poczęły się pojawiać instrukcje pisane przez samouków. Mój podręcznik o ponad stu stronach z kilkudziesięcioma rysunkami wykonanymi piórkiem, nie mógł się doczekać wydania z braku funduszy w PTT. – A mimo tego poziom znakowań, zwłaszcza w Beskidzie Wysokim, Małym, Gorcach, a także w Tatrach, był wyższy od prac znakarskich w Czechosłowacji i Austrii, nie mówiąc już o górach Bałkanów.

Wśród ówczesnych starszych znakarzy należy wymienić Feliksa Rapfa z Nowego Sącza, Czesława Pankiewicz z Wadowic i Tomasz Wróbla z Białej, a także Romana Górskiego z Rybnika.

Szczególnie rozczarowującym było dla nas znakowanie syntetyczną czerwienią, którą szybko niszczyły, tak słońce, jak i deszcze. – Doskonałe były farby cynobrowe, niestety bardzo drogie. – Czerwonego cynobru, farby dwudziestokrotnie droższej od syntetycznej, używał w niektórych odcinkach Orlej Perci ksiądz Walenty Gadowski z początkiem naszego wieku, pokrywając koszt z własnej kieszeni. W całych Beskidach Zachodnich i tylko jednokrotnie została taka farba użyta przeze mnie w roku 1927, gdy znakowałem odcinek Szlaku Głównego z Rabki, przez Turbacz, po Hale Długą, a zakupił ją prof. Sosnowski za wytargowana od Zarządu Głównego PTT subwencję, bo mu bardzo zależało na trwałości Głównego Szlaku Beskidzkiego w Gorcach, grupie górskiej, którą szczególnie lubił.

Wreszcie po kilkakrotnych konferencjach ze mną, żywiecka fabryka farb „Zabłocie” poczęła wytwarzać farby o określonych z góry parametrach dla całego PTT.

Druga wojna światowa przerwała wszystko, choć niektóre nasze znakowania przetrwały szereg lat jeszcze po jej zakończeniu. – Pozostawszy na zachodzie znakowałem pierwsze szlaki w górach kontynentu australijskiego, a podczas urlopów kolonialnych przyglądałem się dość prymitywnym znakowaniom w Alpach austriackiego Tyrolu, a później zdecydowanie lichym w górach Rumunii i Bułgarii. Powróciwszy do ojczyzny w latach sześćdziesiątych przejąłem w opiekę społeczna całą 200-kilometrową sieć znakowanych szlaków Tatr Polskich. Przez okres 6 lat dokonałem niektórych koniecznych zmian, a przede wszystkim pozacierałem małowidocznymi mieszankami farb ponad pięć tysięcy różnych pozostałości po dawnych znakowaniach szpecących ścieżki tatrzańskie. Widząc mało dbałą robotę, zresztą nielicznych płatnych znakarzy tatrzańskich (poza pracami przedwcześnie zmarłego Zygmunta Wójcika), postanowiłem odnowić własnoręcznie większość Orlej Perci, ze szczególnym uwzględnieniem otoczenia Żlebu Drege’a.

Okazyjnie dokonałem także kosmetyki znakowej na obszarze Babiogórskiego Parku Narodowego, jako szczególni mi bliskiego od wielu lat. U początku lat siedemdziesiątych paprał tam nielitościwie jeden z nieżyjących już znakarzy krakowskich używając szczególnie lichej farby czerwonej pokątnego wyrobu, która zmieniała kolor na żółtawy w przeciągu kilku miesięcy. Przemalowania i zacierania po nim zajęły mi szereg dni nie najlżejszej pracy.

Ciężka operacja stawu biodrowego, uszkodzenie wojenne z dalekiego lotu meteorologicznego poza Koło Polarne, położyła koniec mojej wieloletniej pracy znakarskiej już w podeszłym wieku 67 lat. Pozostały wspomnienia i kilka muzealnej natury okazów z odległej przeszłości, jak choćby cieśliczka wisząca w biurze Oddziału Babiogórskiego PTTK w Żywcu, używana w roku 1925 przy odnowie wszystkich szlaków babiogórskich, a także w „wojnie na pędzle”.

Eljaszowymi śladami

Był to już czwarty rok mej społecznej opieki nad całą siecią znakowanych szlaków tatrzańskich i ta nie najlżejsza praca zbliżała się powoli ku końcowi. Poza mną zostały uporządkowane ścieżki Tatr Zachodnich i większości Tatr Wysokich, a także trochę nudne zadanie małowidocznego zacierania mnóstwa różnych staroci na szlakach reglowych. Pośród ich resztek pozostawał do sprawdzenia pierwszy szlak T.T., z roku 1877, wyznakowany czerwonym cynobrem przez Walerego Eljasza z Jaszczurówki, przez Psią Trawkę i Waksmundzką Polanę, do schroniska w Starej Roztoce.

EliaszTemu dojściu ku Morskiemu Oku zmieniano kilkakrotnie przebieg trasy w późniejszych latach, pozostawiając patriarsze sieci tatrzańskiej ten sam kolor, a w połowie lat dwudziestych dodając białe tło. Z powodów dość częstych wiatrołomów i uszkodzeń powodziowych zyskał on opinię mylnego, szczególnie w otoczeniu Pańszczyckiego Potoku i Waksmundzkiej Doliny.

Któregoś październikowego rana 1970 roku wyruszyłem z Toporowej Cyrli zacierając źle umieszczone znaki i dodając nowe w miarę potrzeby. Na szlaku panowała pustka i uroczysta cisza jesienna. Wywłaszczone za odszkodowaniem hale poczynały zarastać. Odlany w Kuźnicach krzyż umieszczony przed z górą osiemdziesięciu laty u brzegu Polany Waksmundzkiej przez Maksymiliana Nowickiego, ugiął się ze starości ponad ścieżyną.

Usiadłem na przełęczy, zapatrując się ku majaczącemu w złocistej mżawie Muraniowi. Wznosił się w dali prostopadłymi, ścianami, będąc mi już od studenckich czasów najmilszym szczytem z całych Tatr.

Słońce poczynało przechylać się nad Kosistą i czas był skręcić na zielony trawers ku Hali Gąsienicowej, niedawno przez kogoś odnowiony. Ale zamiast spokojnej wędrówki, czekało na nim kilka godzin ciężkiej pracy, bo trzeba było zacierać małowidoczną mieszanką nadmiar znaków wymalowanych na tej trudnej do pobłądzenia ścieżce przez jakiegoś początkującego znakarza i to w sercu Parku Narodowego.

Klnąc niejednokrotnie pod nosem i obliczając wzrokiem odległości zacierałem bez przerwy aż ręce mdlały, by skończyć to przed nocą. Ale zapadające ciemności położyły mym wysiłkom kres tuż przed połączeniem z żółtym szlakiem od Krzyżnego.

W Murowańcu bytowało zaledwie kilkanaście osób i było tam przyjemnie ciepło od właśnie włączonego centralnego ogrzewania. Ale już przy śniadaniu poproszono do telefonu. Dzwonił zakopiański sekretarz PTTK, usilnie prosząc o należyte oznakowanie odgałęzienia ścieżki na Krzyżne, by położyć kres zażaleniom licznie zgłaszanym mimo niedawnej odnowy.

– Dobrze — odpowiedziałem — ale ja nie zabrałem ze sobą żółtej farby.
– Przyślemy ją zaraz łazikiem gopru z pańskich zapasów w Dworcu — brzmiała odpowiedź.

W półtorej godziny pojawił się warczący Gaz z puszką żółcieniu i pytaniem, kiedy przyjechać po mnie znowu.

To rozgałęzienie żółtych i zielonych znaków, a także ich wspólny odcinek, były nieudolnie przez kogoś wykonane i zabrało mi blisko dwie godziny czasu. Po powrocie do Zakopanego oświadczyłem w Dworcu, że gdybym był wiedział, co z tego wyniknie, to przeznakowałbym to zielone połączenie między halami w przeminionym roku sam.

— Bo to taki starszy profesor z naszego liceum — powiedział sekretarz. — Widział jak nam brakuje znakarzy i chciał pomóc.

Tak ubiegały mi po powrocie z Zachodu lata pod Tatrami. Niemal każdy z kosmetycznych starszych szlaków przypominał jego historią i ludzi, którzy już nie żyli. Gdzieś w Dolinie Białego zamajaczył pod gałązką smrekową bardzo wypłowiały dwukolorowy znak po Zaruskm, a pod Zamarłą Turnią resztki brodatych znaków po Jakubie Wawrytce z początków naszego wieku. A na perci wspinającej się na Przełęcz pod Chłopkiem studentom krakowskim chyba już brakło czasu w połowie lat dwudziestych, by zatrzeć całe dawne czerwone znakowanie kolidujące z nowym zielonym. Tak przewijała się przed oczyma nić historii tatrzańskich, której resztki nikły po mym przejściu, zamalowane małowidocznie już na stałe.